[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nacisnęła spust.Nastąpił odrzut, a potem Rachele wystrzeliłaponownie.Obaj mę\czyzni upadli na ziemię.Rachele znowu ogarnęła wzrokiem cały dziedziniec - ale było ju\ za pózno, bypowstrzymać bestię, która z obna\onymi zębami wypadła z kłębów dymu i skoczyła jejprosto do gardła.4.00Gray odsunął Rachele na długość ramienia tak gwałtownie, \e upadła na ziemię.Samstanął naprzeciwko atakującego psa i wyciągnął w jego stronę rękę, w której ściskał małysrebrny pojemnik.- Niedobry piesek.Z bliska psiknął bestii prosto w ślepia.Pies upadł na Graya, z impetem powalając go na łopatki, i zawył - ale nie z \ądzykrwi, lecz z piekącego bólu.Stoczył się z Graya, trąc pyskiem o bruk i szorując łapami oczy.Ale jego oczodoły ju\ były puste.Oczy wy\arł mu kwas.Przetoczył się jeszcze dwa razy.Wycie zmieniło się w pełne boleści skomlenie.Gray poczuł pewien dyskomfort.Te psy przez całe \ycie musiały znosić okrutnetortury, a ich mordercze instynkty nie były wrodzone.Ale mo\e śmierć była o niebo lepszani\ dalsze \ycie pod cię\ką ręką Raoula.Pies wreszcie zamilkł i znieruchomiał. Jednak zamieszanie, jakie wywołał, przyciągnęło uwagę tuzina pozostałych zwierząt.Gray spojrzał na Rachele.- Zostało sześć pocisków - odpowiedziała.Potrząsnął pojemnikiem.Prawie pusty.Seichan nie odrywała wzroku od ciemnegonieba.Nagle Gray usłyszał dobrze znany odgłos.Dudnienie nadlatującego helikoptera.Maszyna pojawiła się nad górskim grzbietem i zawisła nad krawędzią murów zamku.Zwiatło mocnych reflektorów zalało cały dziedziniec.Podmuch powietrza wzniecał tumanypyłu.Psy rozbiegły się we wszystkie strony.- To nasz transport - zawołała Seichan, przekrzykując ryk silnika.Z wnętrza wyrzucono nylonową drabinkę, która opadła na kamienie dosłownie kilkakroków od nich.Gray nie zastanawiał się nawet przez moment, do kogo nale\y maszyna.Interesowałogo jedynie to, \e mieli szansę wyrwać się w tego cholernego dziedzińca.Popędził w tamtąstronę i machnął na Rachele, \eby zaczęła się wspinać.Jedną ręką przytrzymywał w miejscudrabinkę, a drugą wyciągnął, \eby odebrać od Rachele lugera.- Wchodz! - zawołał, pochylając się do niej.- Ja je odstraszę.Palce Rachele dr\ały, kiedy oddawała mu broń.Gray napotkał jej wzrok i ujrzał w nim\al i przera\enie, którego przyczyną nie był jedynie niedawny rozlew krwi.- Wszystko będzie dobrze - powiedział tak, \eby zabrzmiało to jak obietnica.Obietnica, której zamierzał dotrzymać.Skinęła głową, jakby z jego pewności czerpała siłę, i ruszyła w górę.Seichan weszła na drabinkę druga.Wspinała się z gracją zawodowej akrobatki, niezwracając uwagi na niesprawne ramię.Gray szedł ostatni.Na szczęście nie musiał u\ywać broni.Wepchnął lugera za pasekspodni i szybko ruszył w górę.Upłynęło zaledwie kilka sekund, a ju\ gramolił się do kabinyhelikoptera.Ktoś wyciągnął w jego stronę rękę.Kiedy drzwiczki się zatrzasnęły, wyprostował się,\eby podziękować osobie, która pomogła mu wejść.Ujrzał szeroki uśmiech, pełen niezmąconego szczęścia.- Cześć, szefie - odezwał się znajomy głos.- Monk!Gray objął go w niedzwiedzim uścisku.- Uwa\aj na rękę! Puścił go natychmiast.Lewe przedramię Monka było przybanda\owane do tułowia, askórzany pokrowiec osłaniał owinięty opatrunkiem kikut.Monk wyglądał całkiem niezle,choć był wyraznie bledszy, a dookoła jego oczu pojawiły się ciemne obwódki.- Ze mną wszystko dobrze - powiedział, wskazując Grayowi, \eby usiadł i przypiął siępasami.- Tylko nie próbuj mnie wyłączyć z akcji.- Jak.?- Zlokalizowaliśmy sygnał alarmowy nadany przez GPS - wyjaśnił.Gray przeło\ył pas przez ramię i dopiero wtedy przyjrzał się drugiej osobie siedzącejw kabinie.- Kardynał Spera? - spytał z niedowierzaniem.Seichan usiadła obok.- A jak sądziłeś, kto mnie zatrudnił? 16LABIRYNT DEDALA27 lipca, 4.38 Awinion, FrancjaPotę\ny grzmot raz po raz wstrząsał murami pałacu, a Kat wcią\ czekała na Vigora.Monsinior piętnaście minut temu zszedł w podziemia schodami prowadzącymi odkuchennego paleniska.śeby się trochę rozejrzeć, jak powiedział.Zaświeciła latarką w głąb ciemnego szybu.Gdzie on się podział?Zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna pójść za nim, ale ostro\ność nakazała jejpozostać na miejscu.Ostatecznie, gdyby monsinior wpadł w tarapaty, zacząłby chybawzywać pomocy.Przypomniała sobie zapadnię, która podniosła się i uwięziła ich pod grobemświętego Piotra.A jeśli tutaj czeka na nich podobna niespodzianka? Kto będzie wiedział,gdzie ich szukać?Została więc na posterunku; uklękła i pochyliwszy się w głąb ciemnego otworu,zawołała jak najciszej:- Vigor!Odpowiedziało jej echo pośpiesznych kroków, które zbli\ały się ku wyjściu.Najpierwzobaczyła na ścianach poblask, który po chwili skupił się w mocny snop światła z latarki.Vigor wspiął się do połowy schodów i machnął do niej.- Chodz! Musisz to zobaczyć!Kat wzięła głęboki oddech.- Chyba przede wszystkim powinniśmy poczekać na wiadomości od Graya i reszty.Vigor wspiął się na kolejny stopień.- Boję się o nich tak samo jak ty - odparł, marszcząc brwi - ale na dole z pewnościączekają następne zagadki, które trzeba rozwiązać.Tylko tak mo\emy pomóc kolegom.Zresztą po to nas tu przysłano.Trybunał Smoka, Gray i cała reszta są jeszcze w Szwajcarii iupłynie ładnych kilka godzin, zanim się tutaj dostaną.Uwa\am, \e powinniśmy wykorzystaćten czas, a nie marnować go na czekanie.Kat zastanowiła się.Raz jeszcze sprawdziła godzinę.Gray wcią\ miał wobec niejzastrze\enia, \e jest zbyt ostro\na.Poza tym z\erała ją ciekawość. Skinęła głową na znak zgody.- Ale co kwadrans będziemy tu wracać, \eby sprawdzić, czy jest wiadomość od Graya.- Oczywiście.Zało\yła na ramię plecak i machnęła, \eby zaczął schodzić.Sama zostawiła obokpaleniska telefon, by odebrać ewentualne połączenie i by zostawić przynajmniej drobny ślad,po którym mo\na by ich odnalezć, gdyby znów zatrzasnęła się nad nimi jakaś zapadnia.Co prawda skłaniała się ku mniej ostro\nemu postępowaniu, ale bynajmniej nieoznaczało to, \e nagle zacznie zachowywać się jak wariat.To pozostawiała Grayowi.Ruszyła w ślad za Vigorem.Schody na krótkim odcinku biegły prosto, lecz zarazzakręcały wokół własnej osi i ostro opadały w dół.Co dziwne, powietrze wydawało się turaczej suche, bez śladu stęchlizny.Klatka schodowa kończyła się przy niewielkim tunelu.Vigor wyraznie przyśpieszył.Słysząc echo jego kroków, domyśliła się, \e dalej znajduje się olbrzymia pieczara.Chwilę pózniej okazało się, \e miała rację.Wstąpiła na półkę skalną szerokości trzech metrów.Snopy światła dwóch latarekomiatały ogromną, wysklepioną przestrzeń, która rozciągała się zarówno na górze, jak i podich stopami [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum