[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.I zobaczył, że już świta.To właśnie wskazywała mudziewczyna, tę delikatną linię świeżego światła, która w oddali przylepiała się do zarysumiasta, przecinając mrok i oddzielając niebo od ziemi.- Widzisz, mój drogi? Noc ma brzuch pełen światła.Tak mówią w moim kraju.W tym momencie goryle, zapewne zaniepokojeni przedłużającą się pogawędką,porzucili swoje spokojne miejsce przy wejściu i z wolna potoczyli się ku taksówce, kipiącpyszałkowatą pewnością siebie i zataczając się w spotkaniu z południowym wiatrem.Dziewczyna rzuciła na nich okiem i otworzyła drzwi taksówki.- Dzięki za kurs - powiedziała.I zniknęła, pozostawiając po sobie odrobinę brudnego wiatru oraz delikatny zapachcytryny i cynamonu.Daniel oparł swoje rozpalone czoło o szybę i spojrzał w dół.W ciemności migotałdywan maleńkich światełek.Znajdowali się na dwudziestym szóstym piętrze, a oknosupernowoczesnego drapacza chmur rozciągało się od podłogi do sufitu, z bliska aż kręciłosię w głowie od tego widoku.Daniel dobrze znał to uczucie, doznawał go, latając w SecondLife podczas rozgwieżdżonej nocy.Dał się ponieść krótkiej i leniwej fali otępienia, któracoraz częściej go porywała, odkąd zagościł w wirtualnej rzeczywistości.Czasem zdawało musię, że jego prawdziwe życie jest mniej prawdziwe niż to w Second Life.Były takie chwile,jak ta teraz, kiedy granice pomiędzy tymi światami się zacierały, i podczas tychmikrosekundowych majaczeń zdawało mu się, że znajduje się w swoim komputerze.Unosząca się w powietrzu plątanina świetlistych punktów, piękny, futurystyczny miejskipejzaż i to, jak on sam trwał zawieszony w górze, wysoko, pośród nicości i mroku.Boże.Daniel wziął głęboki oddech i powrócił do swojej ziemskiej skorupy.Za jego plecami Marinaplotła coś swoim okropnie piskliwym, wyostrzonym przez alkohol głosem.Wyglądała jednakna szczęśliwą i Daniel po raz kolejny pozazdrościł jej zadowolenia, które czerpała z gadania obzdetach.Spędzali właśnie kolację wigilijną u brata Mariny, w pachnącym nowością,luksusowym apartamencie w modnych wieżowcach Madrytu.Daniel ostatni raz spojrzał znostalgią na panoramę miasta i przytulną ciemność za oknem, po czym wrócił do pozostałych.Dwanaście osób, krewnych i przyjaciół, zatopionych we włoskich sofach w kolorzepistacjowej zieleni, smakowało właśnie swoje desery z pucharków.Daniel opadł ciężko natwarde i udziwnione designerskie krzesło, które zapewne kosztowało równowartość jegotrzech miesięcznych pensji, i nalał sobie dwudziestojednoletniego chivasa, po czym odstawiłgo na tacę na stole.- Potwornie gorąco.Może uchylicie okno? - wyrwało mu się trochę zbyt ostrym tonem, który niczym nóż uciął wszystkie rozmowy wokół.Brat Mariny zwrócił się do niego, jak zawsze sympatyczny, cierpliwy i skłonny doustępstw, czego Daniel tak strasznie nie znosił.- Sądzisz, że jest za gorąco? Możliwe.Wy też tak myślicie?- Cholera, no otwórz wreszcie - mruknął Daniel.Gospodarz uraczył go szerokim i nieco wymuszonym uśmiechem.- Nie ma jak otworzyć, Danielu.Tutaj okna się nie otwierają.To inteligentny budynek.- Inteligentny, mówisz? Co za idiotyzm! Tak inteligentny, że siedzicie w nimzamknięci na amen jak motyle za szkiełkiem?- Bo to nie są okna.To są szklane ściany.Jak je mamy otwierać? - Z wyższościąodpowiedziała żona brata.- Zawsze masz coś miłego do powiedzenia, Daniel.Samo pozytywne myślenie.Toczysta przyjemność wychodzić z tobą do ludzi - warknęła Marina z drugiego końca pokoju.- Spokojnie, jest tu perfekcyjny system wentylacji i klimatyzacji.Już go włączam i poproblemie.- Gospodarz prędko pospieszył załagodzić sprawę, kierując pilota w sufit salonu.Gest żywcem z Second Life.Daniel zapragnął coś powiedzieć, coś krótkiego, ucinającego, inteligentnego isarkastycznego, ale nie przyszło mu do głowy nic, co by było wystarczająco dobre, więcopadł na niewygodne oparcie i zamilkł.- To niewiarygodne, żeby dwudziestego czwartego grudnia był taki upał.To nawettrochę przerażające - skomentował brat Mariny, pewnie dla rozładowania atmosfery [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum