[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Uważam, że Gilbert powinien zawiezć mnie na ląd.- Tak? A kto ma chronić panią przed zakusami francuskichmarynarzy, mademoiselle ?- Mam mój pistolet - oznajmiła, głaszcząc kieszeń.- Wspaniale.Wreszcie dostałem ludzi zdolnych do roboty przystatku, a pani chce mi ich wystrzelać? Owszem, tak może się zdarzyć.Jeślipani jeszcze tego nie zauważyła, to spodobała się tym Francuzom bardzo.Być może przez te rude włosy, bo z pewnością za żadną inną szczególnąprzyczyną - poczekał, aż się nastroszyła.89RS - Ach, tak - powiedziała wyzywająco.- Zapomniałam, że nie jestemw pana typie.- Założyła ręce na piersiach, skutecznie zasłaniając pewnączęść swej figury, która była bardzo w jego typie.Patrzył na nią zwężonymi i rozbawionymi oczyma, wreszciepociągnął ją za lok.- Obiecuję pani, że Tildzie nic nie będzie.A teraz nie mogę tu staćcały dzień i obdarzać panią pustymi komplementami.Mamy wiele roboty.- Komplementami? - prychnęła niedowierzająco, gdy szedł zpowrotem pod pokład.Dwie łódki obróciły tylko trzy razy, wywożąc całe wyposażenieGawrona na brzeg.Chłopcy przygotowali jedną z chat, urządzając w niejmagazyn.Dwie inne przeznaczyli dla Francuzów.Evionne znowuzamieniło się w ożywioną osadę.Lidia zeszła na ląd jako jedna z ostatnich.Doniesiono jej, że Tildajeszcze śpi w chacie, więc zajęła się pakowaniem książek z bibliotekikapitana.Niebawem zagubiła się w tomie Robinsona Kruzoe, jednej zeswych ulubionych powieści z czasów dzieciństwa.Kiedy kapitan Frobisher zszedł do swej kajuty, zastał dziewczynęsiedzącą po turecku w kłębowisku muślinowych spódnic i halek, spodktórych wyglądały jej beżowe buciki.Wyglądała, jakby miała możesiedem lat.Pochylił się i przechylił książkę, żeby zobaczyć tytuł na okładce.- Hm, Defoe.Historia całkiem odpowiednia.Katastrofa statku,rozbitkowie, wrogość tubylców.- Nieznośny kapitan - mruknęła Lidia.90RS - Czyżby panna chciała zostać na pokładzie? Być może to umknęłopani uwagi, ale wszyscy inni zeszli już na ląd.- Co? Och! - Uświadomiła sobie, że w kajucie nie było już niczego,oprócz ostatniej skrzyni z książkami i srebrnej szabli.Szybko zapakowałapozostałe książki, natomiast on zdjął szablę i przypiął ją sobie do boku.Lidia nie miała ochoty na niego spojrzeć.Zalecało się do niej tyluwojskowych, że doskonale wiedziała, jak na kobietę potrafił zadziałaćwidok stali u męskiego biodra.Dobrze, że nie przyszło jej żyć wpoprzednim stuleciu, gdy kawalerowie chadzali w pelerynach i butach zakolano, z zawadiacko przytroczonymi szpadami.To byłoby nie dozniesienia.Kapitan z łatwością dzwignął skrzynię z książkami, oparł sobie naramieniu i wyszedł z kajuty.Idąc za nim, Lidia widziała pod cienkimpłótnem jego koszuli długie, skośne muskuły na jego plecach.Tam, gdziekończyły się podciągnięte rękawy, dostrzegała pod opaloną skórą jakwyrzezbione naciągnięte ścięgna, gdy balansował niesionym ciężarem.Wolałaby myśleć, że jej pociąg do Mateusza Frobishera był raczejnatury intelektualnej, ale czasem traciła wszelkie poczucie przyzwoitości itęskniła do niego całkiem jak jakaś dziewka z gospody.Szabla jeszczepogarszała sprawę.Kiedy wyszedł przed nią na pokład, Lidia aż musiała chwycić sięframugi, żeby uspokoić rozkołatane serce.Popołudniowe słońce ogarnęłogo swymi długimi promieniami, topiąc postać Mateusza w jasności.Jegobiałe włosy i rękojeść szabli migotały połyskiem szlachetnego metalu.Bryza pochwyciła materię jego koszuli i rozchyliła ją, ukazując szeroką91RS pierś.Teraz wyglądał jak król piratów, niosący na ramieniu zrabowanełupy.Odwrócił się w jej kierunku i skierował na nią swe księżycowe oczy.- Trudno ją opuścić, co? Znam to uczucie.Dzisiaj jest wdzięcznym,eleganckim ptakiem, ale jutro wyląduje na plaży z brzuchem do góry.- Będzie wtedy całkiem bezbronna, prawda? Spojrzał na Lidię zpodziwem.Niejeden kapitan w ten sposób stracił swój statek - strawionyogniem, wydany na pastwę miejscowych włóczęgów albo burz,rozbijających się o brzeg, na którym leżał.- Owszem.Ale nic jej się nie stanie - stwierdził.- Proszę.- PodałLidii dłoń.- Wiesz, że muszę zejść ostatni.Wyszła z zacienionego włazu i wzięła go za rękę.Uśmiechał się doniej całkiem inaczej niż zwykle: szeroko, błyskając zębami; uśmiechem,który kończył się dołeczkiem na jednym policzku.Lidia stanęła jakzauroczona.Surowy, mrukliwy, nieokrzesany kapitan Frobisher miałdołeczek.Była zgubiona.Przeprowadził ją do burty i odstawił skrzynię, pomagając Lidiiwsiąść do łodzi.- Mateuszu - zawołała żałośnie, stojąc już na rozbujanej drabince.-Naprawdę nie znajdujesz we mnie nic szczególnego?Spojrzał w dół na nią, na jej promienną skórę i cudowne włosy, którejaśniały w słońcu jak złocistobrązowa aureola.Na jej pełne kształty, któreprześladowały go przez większą część dnia i całe noce.Nie umiał znalezćsłów, by opisać to, co w niej znajdował [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum