[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Niech no popatrzę - poprosiła Isobel, biorąc szkic do ręki.Wpatrywałasię w niego uważnie w migotliwym świetle lampionu.- Tak nas widzisz?Michael pokiwał głową.- Na swoim rysunku patrzysz w inną stronę niż wszyscy - zauważył łan.- Michael zawsze patrzy tam, gdzie inni nie dostrzegają nic ciekawego -powiedział Roshan. - A co takiego zobaczyłeś w nas, czego nie potrafią dostrzec inni? -zapytał Ben.Ben stanął obok Isobel i zatopił wzrok w naszkicowanym miękkimołówkiem zbiorowym portrecie.Michael umieścił całą siódemkę nabrzegu stawu, w którym odbijały się ich twarze.Na niebie świeciłogromny księżyc w pełni, za nimi rozciągał się ginący w oddali las.Benprzyjrzał się rozmazanym odbiciom w wodach stawu i porównał je ztwarzami postaci stojących na brzegu.Wszystkie miały inny wyraz niż naodbiciu.Głos stojącej obok Isobel wyrwał go z zadumy.- Mogę go zatrzymać, Michaelu? - zapytała.- Dlaczego ty? - zaprotestował Seth.Ben położył rękę na ramieniu muskularnego Bengalczyka i posłał mukrótkie, ale wiele mówiące spojrzenie.- Pozwól jej go wziąć - wyszeptał.Seth przytaknął, a Ben poklepał go przyjacielsko po plecach.Kątem okaobserwował leciwą, elegancko ubraną damę, która w towarzystwiedziewczyny będącej mniej więcej w ich wieku wchodziła właśnie wbramę wiodącą na podwórko St.Patrick's i zmierzała w stronę głównegobudynku.- Coś się stało? - zapytał cicho stojący przy nim łan.Ben powoli pokręciłgłową.- Mamy gości - odparł, nie spuszczając oka z damy i dziewczyny.- Czycoś w tym rodzaju.Kiedy Bankim pukał do drzwi gabinetu, Thomas Carter wiedział już oprzybyciu starszej kobiety i jej towarzyszki. Zobaczył je, obserwując przez okno zabawę na patio.Zapalił lampkę nabiurku i poprosił asystenta, żeby wszedł.Bankim był młodzieńcem o silnych bengalskich rysach i żywym,przenikliwym spojrzeniu.Wychował się w sierocińcu St.Patrick's, doktórego wrócił jako nauczyciel matematyki i fizyki, przepracowawszywiele lat w rozlicznych szkołach na prowincji.Szczęśliwy finał życiowejwędrówki Bankima był jednym z nielicznych wyjątków, którymi Carternieustannie podbudowywał swoje morale.Nie mógł wyobrazić sobielepszej nagrody za swój trud niż to, że miał przy sobie dawnego wycho-wanka, dziś dorosłego mężczyznę.Bankim uczył teraz w tych samychklasach, w których kiedyś sam pobierał lekcje.- Przepraszam, że przeszkadzam - odezwał się Bankim.- Na dole czekakobieta, która twierdzi, że musi z panem porozmawiać.Mówiłem jej, żepana nie ma i że dziś obchodzimy szkolną uroczystość, ale nie chciała otym słyszeć i nalegała dość kategorycznie, by nie użyć innego określenia.Carter popatrzył na asystenta ze zdziwieniem i spojrzał na zegarek.- Już prawie północ - powiedział.- Co to za kobieta? Bankim rozłożyłręce.- Nie mam pojęcia.Wiem za to, że nie pójdzie sobie, dopóki jej pan nieprzyjmie.- Nie powiedziała, czego chce?- Poprosiła tylko, żebym panu to dał - odparł Bankim, wręczającCarterowi krótki, błyszczący łańcuszek.- Powiedziała, że pan będziewiedział, co to jest. Carter wziął łańcuszek do ręki i przyjrzał mu się badawczo w świetlelampki.Wisiał na nim ozdobny medalion przedstawiający złoty księżyc.Carterowi wystarczyło kilka chwil, żeby z jego pamięci wyłonił się obraz.Dyrektor zamknął oczy i poczuł, że ściska go w żołądku.Sam miał bardzopodobny medalion, ukryty na dnie kuferka trzymanego w zamykanej naklucz szafce w gabinecie.Nie oglądał go od szesnastu lat.- Czy coś nie w porządku, Thomasie? - zapytał Bankim zaalarmowanynagłą zmianą na twarzy Cartera.Dyrektor uśmiechnął się lekko i pokręcił przecząco głową, chowającmedalion do kieszeni koszuli.- Bynajmniej - odrzekł lakonicznie.- Przyprowadz ją na górę.Porozmawiam z nią.Bankim patrzył na niego, nie kryjąc zdziwienia, i przez chwilę Carterobawiał się, że dawny uczeń zada mu pytanie, którego nie chciał usłyszeć.Bankim jednak pokiwał tylko głową i wyszedł z gabinetu, zamykając zasobą delikatnie drzwi.Dwie minuty pózniej Aryami Bose weszła doprywatnego sanktuarium Thomasa Cartera i podniosła wo-alkęzasłaniającą jej twarz.* * *Ben uważnie przyglądał się dziewczynie czekającej cierpliwie podarkadami głównego wejścia do St.Patrick's.Chwilę wcześniej znówzjawił się tu Bankim, prosząc kobietę, by poszła za nim.Ta gestemnieznoszącym sprzeciwu nakazała młodej towarzyszce, by została na dolei nie ruszała się stamtąd do jej powrotu.Najwyrazniej starsza damaprzyszła w odwiedziny do Cartera.Zważywszy na skromne życie towarzyskiedyrektora, wolne od wszelkiego rodzaju frywol-ności, Ben miał prawodomniemywać, iż składane nocną porą wizyty tajemniczych piękności,nawet w tak zaawansowanym wieku, należały do zdarzeń wyjątkowych.Chłopak uśmiechnął się do swoich myśli.Potem znów powędrowałwzrokiem ku dziewczynie.Wysoka i smukła, ubrana skromnie, aleniepospolicie, w strój, jakiego z pewnością nie można było kupić na bylebazarze Czarnego Miasta, jakby skrojony i uszyty przez kogoś, kto mawłasny, niepowtarzalny styl.Ben, z miejsca, w którym stał, nie widziałdokładnie jej twarzy.Wydawało mu się jednak, że dostrzega delikatnerysy i jasną, lśniącą cerę.- Puk, puk, jest tam kto? - szepnął mu do ucha łan.Ben, nie odzywając sięani słowem, wskazał głową w stronę dziewczyny.- Dochodzi północ - dodał łan.- Za parę minut spotykamy się w Pałacu.Ostatnie zebranie, gdybyś zapomniał.Ben przytaknął, ale myślami był zupełnie gdzie indziej.- Poczekaj chwilę - powiedział i ruszył zdecydowanym krokiem kudziewczynie.- Ben! - zawołał za jego plecami łan.- Nie teraz, proszę.Ale chłopakjakby nie słyszał wołania przyjaciela.Chęćrozwiązania tej niecodziennej zagadki górowała nad wymogamiceremoniału Chowbar Society.Przywołał na twarz przymilny uśmiechprzykładnego ucznia i śmiało podszedł do dziewczyny.Ta na jego widokspuściła wzrok.- Witam.Jestem asystentem Mr.Cartera, dyrektora St.Patrick's - odezwałsię Ben pogodnym tonem [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum