[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ani mojego własnego losu.Wspomnienie Mariny i przerażających zdarzeń, które razem przeżyliśmy, niepozwalało mi myśleć, jeść ani prowadzić spójnej rozmowy.Była jedyną osobą zdolną zrozumieć mój niepokój.Chciałem, by przy mnie była, i pragnienie to wywoływało niemalfizyczny ból.Paliło mnie od środka i nic nie mogło go uspokoić.Snułem się po korytarzachjak cień.Dni płynęły jeden za drugim niczym suche liście opadające z drzew.Czekałem nalist od Mariny, jakiś znak, zaproszenie.Jakikolwiek pretekst pozwalający pobiec do niej ipokonać dzielącą nas przepaść, która zdawała się rosnąc z każdym dniem.%7ładen list nienadszedł.Dla zabicia czasu włóczyłem się po miejscach, w których byłem z Mariną.Siadałem na ławkach na placu Sarri, w nadziei, że zobaczę, jak tamtędy przechodzi.Pod koniec stycznia ojciec Segui wezwał mnie do swojego gabinetu.Patrząc na mniesurowo i przenikliwie, zapytał, co się ze mną dzieje.- Nie wiem - odparłem.- A może jeśli otwarcie porozmawiamy, uda nam się rozwiązać tę kwestię -zaproponował.- Nie sądzę - powiedziałem oschle, natychmiast zresztą żałujące tego tonu.- Spędziłeś tegoroczne święta Bożego Narodzenia poza internatem.Nie było cię przetydzień.Czy mogę się dowiedzieć, gdzie byłeś?- Z rodziną.Oczy mojego wychowawcy zachmurzyły się.- Jeśli masz zamiar mnie okłamywać, kontynuowanie tej rozmowy, Oskarze, nie manajmniejszego sensu.- Ale to prawda - odpowiedziałem - w tych dniach byłem z moją rodziną&Wraz z lutym nad Barcelonę przyszło słońce.Blask zimy stopił spleciony ze śniegu iszronu i egzotyczny dla miasta dywan.Dodało mi to ducha i pewnej soboty stawiłem się wdomu Mariny.Furtka ogrodowa zamknięta była na łańcuch.Widoczna poprzez drzewarezydencja wyglądała na jeszcze bardziej opuszczoną niż zazwyczaj.Przez chwilę miałemwrażenie, że postradałem zmysły.Czyżbym sobie wszystko uroił? Mieszkańców tegowidmowego pałacyku, historię Kolvenika i damy w czerni, inspektora Floriana, Luisa Clareta,wskrzeszone istoty& postaci, która czarna ręka przeznaczenia likwidowała jedną podrugiej& ? Czyżbym wyśnił Marinę i jej zaczarowaną plażę? Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło& Tej nocy zbudził mnie mój własny krzyk.Leżałem, zlany zimnym potem, nie wiedząc,gdzie się znajduję.W snach wróciłem do kanałów Kolvenika.Goniłem Marinę i nie mogłemjej dogonić; w końcu udało mi się ją odnalezć przykrytą płaszczem czarnych motyli, ale kiedyte ulatywały, okazywało się, że pod nimi nie ma nikogo.Tylko niewytłumaczalny chłód.Tobył niszczycielski demon, nie dający spokoju Kolvenikowi.Nicość za zasłoną ciemności. Kiedy ojciec Segui i mój przyjaciel JF przybiegli do mojego pokoju, zaalarmowanikrzykiem, przez dobrą chwilę ich nie poznawałem.Ojciec Segui zmierzył mi tętno, a JFpatrzył na mnie skonsternowany, pewien, że odebrało mi rozum.Czuwali przy mnie, póki nieusnąłem.Następnego dnia, po tym jak przez dwa miesiące nie widziałem Mariny, postanowiłemraz jeszcze odwiedzić stary dom na Sarri.Obiecałem sobie, że się nie cofnę, dopóki nieuzyskam jakiegoś wyjaśnienia. 26Niedziela była mglista.Cienie bezlistnych drzew rysowały rachityczne szkielety.Dzwony kościoła biły w rytm moich kroków.Zatrzymałem się przy furtce wzbraniającej miprzejścia.Na pokrytej zgniłymi liśćmi ścieżce dostrzegłem jednak ślady opon.CzyżbyGermn wyciągnął z garażu swojego starego tucker?.Przeskoczyłem przez parkan jakzłodziej.Nad pogrążonym w ciszy ogrodem górowała bryła domu, bardziej ciemnego iopuszczonego niż kiedykolwiek.W zaroślach zobaczyłem porzucony rower Mariny, leżącyniczym ranne zwierzę.Aańcuch zżarty przez rdzę, kierownica sczerniała od wilgoci.Rozejrzałem się dookoła i zaczęło mnie ogarniać poczucie, że stoję wobec ruiny, w którejżyją już tylko stare sprzęty i niewidzialne echa.- Marina? - zawołałem.Wiatr uniósł mój głos.Obszedłem dom, by się dostać dotylnego kuchennego wejścia.Drzwi były otwarte.Stół pokrywała gruba warstwa kurzu.Zajrzałem do pokoi.Cisza.Wszedłem do salonu z obrazami.Z wszystkich wiszących płócienspoglądały na mnie oczy matki Mariny, ale dla mnie były to oczy Mariny& W tymmomencie usłyszałem za swoimi plecami płacz.W jednym z foteli leżał skulony Germn, nieruchomy jak kamienny posąg, jedyniepłynące z oczu łzy ożywiały jego twarz.Nigdy nie widziałem tak płaczącego mężczyzny wjego wieku.Zmroziło mnie.Wzrokiem błądził po portretach.Był blady, wycieńczony.Postarzał się od ostatniego naszego spotkania.Miał na sobie jeden ze swych wieczorowychgarniturów, ale w stanie jak najdalszym od znanej mi nienagannej elegancji Germna,marynarka była bowiem cała pognieciona i brudna.Zastanowiłem się, od ilu dni tak leży wtym fotelu.Klęknąłem przy nim i poklepałem po ręce.- Germn& Jego dłoń była tak zimna, że aż się przeraziłem.Nagle malarz objął mnie iprzytulił się, dygocąc jak dziecko.Poczułem suchość w ustach.Objąłem go również itrzymałem płaczącego na moim ramieniu.Pomyślałem, że pewnie dowiedział się od lekarzynajgorszego, że nadzieja, jaką żywił przez ostatnie miesiące, okazała się płonna.Pozwoliłemmu się więc wypłakać, zastanawiając się, gdzie się podziewa Marina i dlaczego jej nie ma zGermanem.Wówczas stary malarz uniósł wzrok [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum