[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wreszcie byłyśmy na miejscu.Przepchnęłyśmy się łokciami przez tłumgapiów aż do ganku.W klatce po morskich świnkach, za drucianą siatkąbłyszczały maleńkie jak czarne koraliki oczka.Piaskowego koloru ciałopokryte gładkimi łuskami drgało zwinięte.Dziwne to było stworzenie - ni to jaszczurka, ni to krokodyl, suche,długie na prawie półtora metra.Usiadłyśmy naprzeciw klatki i zaczęłyśmy snuć przypuszczenia, co bybyło, gdybyśmy spotkały takiego gada na wolności.Nagle stanął przednami Wojtek Wozniakowski i z miną cudotwórcy zagadnął pyszałkowato:- Co się tak gapicie? Zaraz oddaję mojego jaszczura.Będziespreparowany i w wielkim słoju postawi się go w szkole.- Słyszałyście? - syknęłam.- Powiedział  mojego jaszczura".Wybuchnęłyśmy śmiechem.- Przecież on mógł przyjść do każdego domu.- Co wy tam wiecie.Pewno, że mógł! Ale nie przyszedł.Przyszedł domnie i ja go - zadarł głowę - ofiaruję szkole.- Ho, ho, i naprawdę nie zostawisz go sobie? - kpiłyśmy.- Wynocha stąd! - zdecydował nagle Wojtek.Byłyśmy wściekłe.Podniosłyśmy się i w milczeniu poszłyśmy do domu.Jakże mu zazdrościłam tego jaszczura! Czemu polazł do niego?RS 68W następnych dniach sława Wojtka ugruntowała się na dobre.Wewszystkich trzech szkołach mówiono tylko o nim.Chodził dumny jak paw,otoczony gromadą chłopaków, którym opowiadał cuda o swoich zasługachw schwytaniu jaszczura.W głowie mi się nie mieściło, jak można było tolerować jego łgarstwa.Przecież tyle osób widziało, że w tym czasie drżał ze strachu przytulonydo matki o jakieś dwieście metrów od domu.Dopiero gdy jaszczurazamknięto w klatce, wrócił i zaczął udawać odważnego.A głupiechłopaczyska mu wierzą.Postanowiłam, że zostanę większą bohaterką i z narażeniem życiazdobędę coś wspaniałego do gabinetu biologicznego.Najpierwprzejrzałam chronioną pieczołowicie kolekcję motyli, które chwytałyśmy zmamą, ale stwierdziłam, że przy jaszczurze bledną.Zaczęłam marzyć: może jakąś żmiję? Nawet gdyby mnie miała ugryzć,nie puszczę.Widziałam już siebie mdlejącą z bólu, ale ściskającąkurczowo śliskiego, miotającego się rozpaczliwie potwora.Oto siedzęledwo żywa, obok lekarz z ogromną strzykawką i tłum ludzi oniemiałych zpodziwu.Widzę, że wszyscy mnie żałują, mają łzy w oczach, a na samymprzedzie stoi Wojtek z bardzo niemądrą miną.%7łmija zostaje umieszczonaw szkole, a ja, niestety, umieram.Nie!Właściwie wolę żyć.Ocieram nos rękawem od piżamy i znów snujęmarzenia.Lepiej małpę! Oczywiście, czemu wcześniej nie wpadłam na tę myśl?Wydrę maleństwo rozwścieczonej rodzinie, stoczę walkę z małpią mamąna najwyższej gałęzi wielkiego baobabu.Mogę oczywiście spaść, ale.nie, nie, chyba nie warto.Ależ kochałam życie, bałam się o nie nawet wmarzeniach.I tak upadał projekt za projektem.Marzenia bladły, bladła też powolisława Wojtka.Minęło parę miesięcy.Obok naszego domu rozkopywano wielki kopiectermitów.Murzyni od rana błyskali wyostrzonymi łopatami na czerwonej twardejglinie termitiery.Pod głośnymi uderzeniami łopat zawalały się misternierzezbione korytarze, ścieżki i tunele ukształtowane przez milionymaleńkich istnień.Kunsztowna budowla pod ciosami żelaza rozpadała sięna zwiędłe grudki gliny, piętrzącej się w miejscu, gdzie stała ogromnatwierdza termitów.RS 69W pewnej chwili robotnicy, mimo zmęczenia, nagle przyspieszali tempopracy.Okazało się, że tuż pod ziemią gnieżdżą się skrzydlate termity,które są przysmakiem Murzynów.Rozsiedli się wokół dołu i zajadalismakowicie owady, wyciągane z ziemi za skrzydełka.Po skończonej uczcie zabrali się znowu do roboty.%7łeby kopiec niezostał odbudowany przez termity, trzeba było zniszczyć całą jegopodziemną część.Milcząco wpatrując się w głęboką jamę, asystowałam im do ostatka.Na miejscu, gdzie poprzednio była budowla termitów, miał stanąćniewielki domek.Okrutny byłby jego los, gdyby został zalążek termitiery.Owady te, żywiące się głównie celulozą, wydrążyłyby dom tak, żepewnego dnia rozsypałby się w proch.Zmęczeni Murzyni wygrzebywali się już z rowu, gdy nagle podniósł sięhałas.Z dołu powędrowała w górę łopata z grudką ziemi i leżącą na niejolbrzymią, przezroczystą glistą.- Królowa termitów! - dotarł do mnie nie wiadomo skąd czyjś okrzykpełen zdumienia.Jednym susem znalazłam się przy łopacie.- Królowa termitów!- Trudno osiągalna, mieszkająca na samym dnie wielkich kopców,delikatna, prawie piętnastocentymetrowa królowa-matka była mojąwłasnością! Nie, nie dam jej nikomu.Sama zaniosę ją do szkoły.Rozgorączkowana podsunęłam deseczkę i delikatnie zsunęłam na nią złopaty moją zdobycz.Chciałam ją zabrać na noc do domu, ale ktośporadził mi, żeby zanieść ją najpierw do ambulatorium, gdziezakonserwują owada w spirytusie albo w eterze.Szłam wolno, ciesząc się już w duchu ze swojego triumfu nadWojtkiem.Co tam jego jaszczur, którego zresztą nie dotknął, przy takimokazie.Jak zahipnotyzowana wbiłam wzrok w królową-mat-kę.Byłaobrzydliwa, to nie ulegało wątpliwości.Cieniutka błonka pokrywałatrzęsący się mętnobiały płyn.Musiałam bardzo uważać, żeby jej nieupuścić.- Nie pozwolę ci się popsuć, moja królowo - mówiłam pieszczotliwie dopaskudnicy. Zaniosę cię calutką do szkoły!Skupiłam całą swoją uwagę, jakby od każdego kroku zależały losyświata.Z napięciem wpatrywałam się w odrażające, galaretowate, drgająceciało.RS 70I nagle, gdy tak szłam ściskając kurczowo deseczkę, potknęłam się ojakiś głupi i zupełnie maleńki kamyczek.Moja królowa wyleciała najpierww górę, a potem rozlała się na ziemi tuż przed moją brodą.Zerwałam się.Za pózno.Nie było już nic do uratowania.Ukucnęłam nad brzydką małą kałużą, która była przed chwilą wielkimmarzeniem.Byłam zdruzgotana i nieszczęśliwa.Chlipiąc cicho,powlokłam się do domu.Rano poduszka była mokra od łez.RS 71ROZDZIAA JEDENASTYEdekPani Hania otrzymała depeszę.- Zosiu, otwórz - powiedziała.- A to do mnie? - spytała mama z lękiem.- Nie, do mnie z Czerwonego Krzyża, nie mam odwagi sama przeczytać.- Myślisz, że to o Pawle?- Zdaje się, że tak.Mama rozerwała telegram.Przeczytała go raz, a potem jeszcze raz odpoczątku, ale nie mówiła nic.- O Boże.Nie mów, Zosiu, już rozumiem - szeptała pani Hania iwyrwała mamie z rąk otwartą depeszę.Jeszcze zanim zaczęła czytać, oczyjej zaszkliły się i łzy pociekły po policzkach.Przeczytała depeszęporuszając wargami, potem wolnym ruchem położyła ją na stole i wyszłado swojego pokoju.Domyśliłam się, że to zła nowina o mężu pani Hani, którego od dwóchlat bezskutecznie poszukiwała przez Czerwony Krzyż.Spojrzałampytająco na mamę.Stała oparta o ścianę, blada i zamyślona.- Mamo, czy on.?- Niestety - westchnęła w odpowiedzi mama i poszła do paniHani.Podeszłam do stołu i wzięłam do rąk pozostawioną depeszę. Przyjadę na urlop do Kodzy.Opowiem, jak umierał Paweł.Proszęprzygotować moją matkę.Edward Wiśniewski".Edward Wiśniewski? Tak, to przecież starszy brat mojego Janka.PaniWiśniewska ciągle chciała go odnalezć, a teraz, kiedy umarła, on znalazłsię sam.Zajrzałam do pokoju pani Hani, ale nie weszłam.Siedziały obie z mamąna łóżku, obejmowały się i płakały.Nawet mnie nie zauważyły.Postałamchwileczkę w drzwiach i wyszłam.Akurat nadeszła rozbawiona Roma, aleumilkła widząc moją minę.- Co się stało? - wyszeptała.- Chodz do ogrodu, opowiem ci.Poszłyśmy na sam koniec ogrodu, usiadłyśmy na ławeczce podżywopłotem z rycynusów.- Umarł mąż pani Hani [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum