[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Poranne słońce wpadało przez okno gabinetu i oświetlało, niczym znak od Boga, złotyreprezentacyjny zegar, stojący na półce za plecami Haxalta.Na zegarze wygrawerowano motto: Czas ucieka bez litości. Co dziwne, Charlie pamiętał wiersz, z którego pochodził ten cytat.Dalszy ciąg brzmiał:  Wszystko nam będzie kiedyś odebrane/By stać się cząstką okrutnejPrzeszłości. 1- Obawiam się, że nie mogę panu pomóc - powiedział Walter Hasalt.- Z panem Musetteutrzymuję wyłącznie zawodowe kontakty.Mieszka tutaj, dlatego korzysta z miejscowego banku,i to wszystko.Charlie wyjrzał przez okno.Martin czekał na dworze, w samochodzie.- Chciałem tylko,żeby pan mnie przedstawił.- Przykro mi, ale nie mogę panu pomóc - powtórzył Walter Haxalt, tonem głosu dając dozrozumienia, że wcale mu nie jest przykro.- Nie mogę wykorzystywać zaufania klienta, nawet zważnych powodów.- Czy był pan kiedyś w  Le Reposoir ? - zapytał Charlie.Walter Haxalt nie odpowiedział wprost.- Pewnie zaraz rusza pan w drogę - zauważył.- Wciąż dalej i dalej, w poszukiwaniukulinarnej doskonałości.Charlie wytrzeszczył oczy.Walter Haxalt nagle zobaczył jego minę i niespokojnieporuszył się na skórzanym krześle.- Skąd pan wie, jak zarabiam na życie? - zapytał Charlie.- Pan mi powiedział - odparł niepewnie Walter Haxalt.- Nigdy nikomu tego nie mówię.- No, prawdę mówiąc kazałem Clive'owi, żeby to dla mnie sprawdził.Przepuścił pańskieprawo jazdy przez komputer.- Clive? Ten zastępca szeryfa, który wczoraj kazał mi " przestawić samochód?Walter Haxalt kiwnął głową.1 Alfred Tennyson,  Zjadacze lotosu , przełożyła D.Górska. - To jest małe, bezbronne miasteczko.Zawsze podejmujemy elementarne środkiostrożności, kiedy mamy gości.- Czy podjęliście te środki ostrożności, kiedy pan Musette zakładał interes?- Panie McLean, nie będę z panem dyskutował o panu Musette.Jeśli chce pan dowiedziećsię czegoś o nim, niech pan go sam zapyta.Charlie podniósł się z krzesła.- No dobrze - rzucił.- Powinienem chyba podziękować, chociaż nie wiem za co.Walter Haxalt popatrzył na Charliego zmrużonymi oczami.- Tutaj, w Allen's Corners, staramy się życzliwie traktować obcych.Chcę, żeby pan towiedział.- Dziękuję, ale sam potrafię wyrobić sobie opinię -odparł Charlie.- W takim razie mam nadzieję, że nie oceni pan nas zbyt surowo.Charlie otworzył drzwi gabinetu.- Nie oceniam was, bo nie za to mi płacą.Tylko wasze hotele i restauracje.W tej chwiliuważam, że Allen's Corners zasługuje na nagrodę złamanej łyżki za obsługę, nagrodę pękniętejsprężyny za komfort i nagrodę złotego drutu kolczastego za gościnność.Walter Haxalt wstał.- Mam nadzieję, że pan tego nie opublikuje, bo inaczej będę musiał porozmawiać zpańskimi pracodawcami.- Moi pracodawcy mają bardzo pryncypialne poglądy na temat łapówek i pogróżek, panieHaxalt - oświadczył Charlie.- Tak jak ja.Wyszedł z banku na ostre jesienne słońce.Martin rozwalał się na przednim siedzeniusamochodu i czytał  Elektrycznego Człowieka i %7łelazną Pięść.Charlie usiadł obok niego iwłączył silnik.- Widzę, że wybierasz ambitne lektury.- Załatwiłeś coś? - zapytał Martin.- Nie.Zdaje się, że w Allen's Corners nie znajdziemy ani uczynnych ludzi, aniporządnego steku.Dlatego spróbuję bezpośredniego podejścia.- Co to znaczy?Charlie wyjechał ze skweru w stronę Quassapaug Road.- To znaczy, że zaatakujemy na miejscu, bezpośrednio w ,,Le ReposoirPrzez cztery czy pięć minut jechali w milczeniu.Potem Martin odezwał się: - Tato?- Uhm?- Nie musimy tego robić, tato.To wcale nie jest potrzebne, prawda?Charlie zerknął na niego.- Dlaczego to nie jest potrzebne?- Bo jeśli ten lokal jest prywatny, to ludzie, którzy czytają  MARI , i tak nie będą moglitam wejść.Charlie kiwnął głową.- Masz rację.Masz absolutną rację.Ale rzecz w tym, że ja chcę tam wejść.Martin powstrzymał się od dalszych perswazji, ale Charlie wyraznie czuł, że syn nie chcejechać do  Le Reposoir , że boi się wtargnąć bez zaproszenia na zebranie La SocieteGastronomique.Ale im większą niechęć okazywał Martin, tym bardziej zdecydowany byłCharlie.Może w ten sposób karał Martina za kłamstwa zeszłej nocy.Może po prostu uparł siępostawić na swoim, jak zawsze.Zajechali przed wejście do  Le Reposoir i ku zdumieniu Charliego brama z kutegożelaza była otwarta.Wahał się przez chwilę, rozglądając się za strażnikiem lub dozorcą, ale wzasięgu wzroku nie było nikogo.Nikt ich nie zapraszał, ale nikt również nie zabraniał wstępu.Charlie popatrzył na szeroki żwirowany podjazd, zakręcający pomiędzy dwiema ścianamiozdobnych krzewów.Samego domu nie widział, chociaż za zasłoną jasnożółtych liści dostrzegłrząd czarnych kominów.- No - stwierdził - jednak to nie pustelnia.- Chyba nie wjedziesz? - zaniepokoił się Martin.- Brama jest otwarta, więc czemu nie?- Ale to teren prywatny!- Nie twoje zmartwienie.- Tato, nie możemy tak po prostu wjechać.Słyszałeś, co szeryf mówił o intruzach.- Nie jesteśmy intruzami.Jesteśmy potencjalnymi klientami.W rzeczywistości Charlie czuł się raczej niepewnie wkraczając na teren  Le Reposoir ,ale postanowił pokazać Martinowi, że całkowicie panuje nad sytuacją, że nie boi się nikogo iniczego.Gdyby teraz się wycofał, Martin uważałby go za ofermę i patałacha, co na zawszezniszczyłoby ich związek.Charlie przyznawał, że jest patałachem, ale chciał być dzielnym patałachem, jak Murdoch w  Drużynie A.Zdjął stopę z hamulca.Oldsmobile przejechał przez bramę i potoczył się hakowatympodjazdem.Okna samochodu były otwarte, więc słyszeli głośny chrzęst żwiru pod kołami.Ranekbył pogodny, ale teraz zaczęło się chmurzyć.Niebo na wschodzie, za ich plecami, było czarne jakokładka Biblii [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum