[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pojmował powoli, że miał dwóch wrogów i żewrogowie ci zawarli przymierze.Jeden z nich to kobieta, którą kiedyś kochał.A drugi  to alkohol, od któregonie mógł się uwolnić.Bał się, że znalazł się blisko dna.Czuł, że spada.Nie mógł znieść takiego życia irozpamiętywania klęski.Ani dziecka, ani żony, ani godności, ani uczucia.Znikąd.Tylko dobra Celia wkładałacałą czułość w podtrzymywanie Johna na duchu.Bał się stracić to ostatnie oparcie.Uśmiechnęłam się do siebie.Lustro pokazało kobietę kwitnącą niby panna młoda.Tak wyglądałam wdniu ślubu.Zmignęłam po schodach, a tafta sukni zafalowała za mną.Stride wyczekiwał na mnie w hallu.Uśmiechnęłam się, od razu wiedząc, o co chodzi. Tak, wiem  odezwałam się niemal ze śmiechem. Nie możemy jednak oczekiwać od deCourceyów, aby pili lemoniadę.Podaj sherry w salonie, a wino w jadalni.Najpierw najlepsze wino wytrawne, ado owoców chyba szampan.Panowie jak zwykle dostaną portwajn. Czy napełniać szklankę pana MacAndrew?  Stride spytał neutralnym tonem.RLT Nie dałam po sobie poznać, że zauważyłam, iż Stride i reszta służby przestała nazywać mojego męża doktorem".Teraz już na zawsze, bez najmniejszego sprzeciwu z mojej strony John miał pozostać  panemMacAndrew". Oczywiście  odparłam.Minęłam Stride'a i weszłam do salonu.Byli tam wszyscy.John dobrze czuł się pod kontrolą pełnych miłości oczu Celii.Harry szukałwzrokiem karafki z sherry.Stride wniósł naczynie i Harry nalał szczodrą ręką dla de Courceyów, dla mnie i dlasiebie.Celia wzięła szklankę z lemoniadą, a i John trzymał bladożółty napój.Widziałam, że uniósł głowę ipatrzy na Harry'ego.Instynktownie domyśliłam się, że próbuje wyczuć zapach sherry ciepławej od żarukominka.Podano obiad.Celia zmierzyła wzrokiem stojące na stole szklanki i posłała mi surowe spojrzenie.Wzruszyłam lekko ramionami i kiwnęłam głową w stronę de Courceyów.Moje oczy kryły nieme pytanie: Cóż mam zrobić?"John jadł niewiele, starał się jednak zachowywać dobre maniery i podtrzymywał konwersację z Isabelsiedzącą po jego lewej ręce.Słyszałam każde słowo, mimo że sama rozmawiałam z moim sąsiadem, Peterem.John nie tknął ani białego, ani czerwonego wina i widziałam, że śledzi wzrokiem zabierane ze stołu szklanki.Wniesiono wielką srebrną misę owoców.Rozległ się miły dla ucha odgłos odkorkowywania szampana.Wszklankach zaszumiał musujący napój.Obserwowałam twarz Johna; uwielbiał szampan. Tylko jedną szklaneczkę  powiedział na wpół do siebie, na wpół do Celii.Celia gwałtownie potrząsnęła głową, dając znak lokajowi, który stał gotów do napełnienia szklankiJohna.Niezręczna sytuacja.Lokaj trzymał przechyloną butelkę nad wysoką szklanką.John utkwił wzrok wzielonej szyjce butelki i aż drżał, słysząc syk bąbelków. Nie  stwierdziła Celia stanowczo półgłosem.Lokaj Jack Levy, sierota, przebywałby pewnie nadal w parafialnym przytułku, gdybym przed dziesięciulaty nie dała mu pracy palacza we dworze.Postawny, dobrze wyglądający w liberii, popatrzył na mnie, cze-kając dalszych poleceń.Posłuchał, gdy dałam mu znak ruchem głowy.Nalał złotej musującej cieczy doszklanki Johna i przeszedł dalej.Harry wzniósł toast.Harry należy do ludzi, którzy zawsze wznoszą toasty.Wypiliśmy.John wypił duszkiem niczym spragniony wędrowiec na pustyni.Levy znów spojrzał na mnie iposłusznie napełnił szklankę Johna.A potem znów.I znów.Isabel mówiła o zimie spędzonej w Londynie i o przyjęciach, w których brała udział.Harry wypytywało plotki.Peter de Courcey opowiadał mi o swoich planach kupienia domku myśliwskiego na północy.Zaproponowałam, żeby poradził się doktora Pearce'a, który znał dobrze tamtejsze tereny.Nikt nie zajmował sięJohnem, który z płonącym wzrokiem pił na okrągło.I nikt oprócz mnie nie zwrócił uwagi na Celię siedzącą wmilczeniu z pochyloną głową i łzami spływającymi po policzkach.Poczekałam, aż się uspokoi.Wyprostowała ramiona i powiodła wzrokiem wokoło.Wytarła mokrą twarzw serwetkę i wstała, chcąc opuścić pokój.Mężczyzni zerwali się na nogi.John szukał pomocy w oparciuRLT krzesła.Wyobrażałam sobie, jak świat wiruje mu w głowie.Poprowadziłam panie do saloniku.Usiadłyśmyprzy kominku.Reszta wieczoru bardzo się dłużyła.Panowie dołączyli do nas bez Johna.Podniosłam brwi, zerkając naHarry'ego, a ten skrzywił usta z niesmakiem. Służący kładą go do łóżka  wyjaśnił mi cicho. Peter de Courcey nie zauważył nic osobliwego,lecz doprawdy, Beatrice, to haniebne.Kiwnęłam głową i zaczęłam nalewać herbatę.De Courceyowie wypili w pośpiechu i postanowili jechaćdo domu, póki księżyc oświetla im drogę.Powóz podjechał do drzwi.Umościli się wygodnie, grzejąc stopygorącymi cegłami, okutani kocami po uszy. Do widzenia!  zawołałam ze schodów.Było mrozno; para buchała z ust [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum



 

hp include("s/6.php") ?>