[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Krzaty, które zginęływ samobójczej zasadzce pod przewróconym murem, nie były ani wściekłe, ani zasmucone.Robiły to, co uważały za słuszne, w nadziei, że ich poświęcenie polepszy los Eriadoru i jegomieszkańców.Ten sinobrody malec był najczystszym z żołnierzy.Brind Amour pomyślał, żegdyby miał dziesięć tysięcy takich jak Shuglin, mógłby zetrzeć Greensparrowa i całą Avonz powierzchni świata.I jeszcze Oliver, typowy przedstawiciel wielu obcych łotrzyków na Eriadorze.Do tejnieprzyjaznej ziemi chętnie ściągali ci, którzy nie potrafili się przystosować do warunkówpanujących na Avon czy w Gaskonii, albo nawet w odleglejszych krainach.Niziołek pokazał, ilejest wart jako wojownik i jako zaufany towarzysz Luthiena.Ale jego prawdziwa wartość,podobnie jak wielu innych, którzy z pewnością mieli jeszcze wypłynąć w miarę rozszerzania sięrebelii, przejawiała się w znajomości innych miejsc i innych ludzi.Gdyby ten bunt osiągnąłpoziom, na którym Gaskonia uznałaby za stosowne zaangażować się w wojnę, wiedza Oliverao tej krainie okazałaby się bezcenna.Oliver dyplomatą? Brind Amour rozważał taki wariant odjakiegoś czasu.I wreszcie Luthien, który wciąż drzemał, oparty plecami o kominek.Brind Amouruświadomił sobie, że ów młodzieniec był nimi wszystkimi.Dumny jak wyspiarz, gniewny jakmieszkaniec Caer MacDonald, prawy, nieegoistyczny żołnierz.Symbol, którego tak bardzopotrzebowali Eriadorczycy.Dzięki swoim wyczynom Luthien stał się bez wątpienia czymśw rodzaju kamienia węgielnego przyszłej klęski lub triumfu Eriadoru.Legenda o  grze Luthienajuż wyszła poza mury miasta i zataczała coraz szersze kręgi, mieszając się z opowieściamio Karmazynowym Cieniu, tajemniczym wrogu tego, co reprezentował niegodziwyGreensparrow.Któż mógł przewidzieć, że młodzieniec z Bedwydrin tak szybko osiągnie sławę? Ja!  odpowiedział sobie nagle Brind Amour.Mimowolnie wyrzekł to słowo na głos.Poczuł zakłopotanie i zaczął nerwowo chrząkać i rozglądać się dookoła. Co to było?  zapytał Luthien, przeciągając się po obudzeniu.  Nic, nic  przeprosił czarnoksiężnik. Wiesz, ja tylko ćwiczyłem swoją szczękę zgodniez nakazem umysłu.Pozostali wzruszyli ramionami i nie poświęcali już mu więcej uwagi, z wyjątkiemprzenikliwego Olivera, który nie spuszczał oczu z czarnoksiężnika, jakby starał się odgadnąćkażdą myśl Brind Amoura. Wiecie  zaczął niziołek, zwracając na siebie oczy wszystkich  byłem kiedyś w dzikiejkrainie Angarothe. Widząc, że to oświadczenie nie zrobiło na nikim specjalnego wrażenia,szybko wyjaśnił:  Gorąca, zakurzona ziemia nieco na południe od Gaskonii. Wojna o Angar?  zagadnął Brind Amour, który był większym światowcem niż reszta,pomimo iż większość kilku ostatnich stuleci przespał w jaskini. Wojna o angaż?  naśmiewał się Luthien. Angar  poprawił go Oliver.Wyglądał na urażonego. Rzeczywiście  odpowiedziałczarnoksiężnikowi. Walczyłem z samym deBoise, w Czwartym Regimencie Cabalaise.Czarnoksiężnik uniósł brew i pokiwał głową.Chyba był pod wrażeniem, jednak wzmiankao deBoise nic nie znaczyła dla pozostałych osób w pokoju.Oliver nadął się dumnie i rozejrzałdookoła, ale szybko spuścił z tonu, widząc ignorancję swojej publiczności. Czwarty Cabalaise  rzekł z naciskiem. Byliśmy w najgłębszej części Angarothe, zaCzerwonymi Lansjerami, największą i najstraszniejszą z armii tego kraju.Brind Amour zobaczył zaciekawione spojrzenia słuchaczy i skinął głową porozumiewawczo,przydając znaczenia opowieści Olivera, chociaż bardzo wątpił, czy niziołek kiedykolwiek gościłw okolicach Angarothe.Gaskończycy, którzy wybierali się do tej dzikiej krainy, najczęściej niewracali.Ale Brind Amour znał opowieść o deBoise i Czwartym Regimencie, o jednymz klasycznych zwycięstw w historii wojen. Nie mogliśmy wygrać  ciągnął Oliver. Było nas dwustu przeciw kilkunastu tysiącomi nikt nie marzył, że wyjdzie stamtąd żywy. I co zrobiliście?  zapytał Luthien po długiej, dramatycznej pauzie, żeby skłonić niziołkado opowiedzenia dalszego ciągu.Oliver pstryknął palcami i gwizdnął przeciągle. Oczywiście zaatakowaliśmy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum