[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Trwało to nie dłużej niż trzy, cztery sekundy, alezdarzyło się akurat w momencie, gdy na ekranie pojawiło się w pełnejkrasie  niezakrytej jak wcześniej przez laptop  dwadzieściatabliczek czekolady.To jednak wystarczyło i Henry poszedł dalej.Podczas gdy na pokładowym ekranie pasażerowie oglądali jakiśfilm, Henry odtwarzał tę scenę w myślach, dziękując Bogu, Jezusowi iwszystkim świętym, jacy mu tylko przyszli do głowy.Jednak gdysamolot zaczął schodzić do lądowania w Tel Awiwie, poczucie ulgiustąpiło miejsca nowemu atakowi niepokoju. Miał tylko bagaż podręczny, podszedł więc od razu do stanowiskakontroli paszportowej. Jaki jest cel pańskiej wizyty w Izraelu?  spytała nie więcejniż osiemnastoletnia dziewczyna w budce. Odwiedzam siostrzeńca, który jest tu na studiach. Gdzie studiuje? Na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Henry miałdwóch zaprzyjaznionych %7łydów, do których wcześniej zadzwonił.Delikatnie wypytał o synów, którzy akurat odbywali roczną przerwęmiędzy szkołą a studiami, i skrupulatnie wynotował sobie wszystkieuzyskane szczegóły.Została mu już tylko jedna, ostatnia przeszkoda: kontrola celna.Jako przedstawiciel rasy białej w średnim wieku przywykł do tego, żekontrola celna na Heathrow praktycznie go nie dotyczyła.Przechodziłbez zatrzymania i tylko zerkał na kontrolowanych nieszczęśników  zreguły Afrykanów lub Azjatów  którym kazano opróżniać walizki isprawdzano całą ich zawartość łącznie z wyciskaniem tubek z pastą dozębów.Rasizm jest oczywiście czymś obrzydliwym, ale dla takiegopodróżnego jak on okazywał się czasem bardzo przydatny.Tylko że tu po raz pierwszy w życiu jego także zatrzymano.Znudzony nieogolony celnik przywołał go gestem ręki i bez słowawskazał na ciągnięty na kółkach neseser.Henry położył go nadzielącej ich metalowej ladzie i odciągnął suwak.Celnik pogrzebał w jego gatkach, skarpetkach i przyborachtoaletowych, aż dotarł do ułożonych na dnie tabliczek. A to co? Czekolada. Dlaczego aż tyle? Dla mojego siostrzeńca.Tęskni za domem. Mogę otworzyć? Oczywiście.Pomogę panu.Henry czuł, że trzęsą mu się ręce, i chciał je czymś zająć.Wziąłdo ręki pierwszą z brzegu tabliczkę, wysunął ją na dwa centymetry zobwoluty  dokładnie tak, jak to przećwiczył na stole kuchennym w domu  i odchylił folię.Ich oczom ukazał siępasek trzech kwadracików angielskiej mlecznej czekolady. Okay.Nie namyślając się, Henry odłamał wystający kawałek i podał gocelnikowi.Miał przy tym taką minę, jakby oferował wrogowi fajkępokoju.Celnik pokręcił głową i machnął ręką w stronę wyjścia.Kontrola celna Henry'ego zakończyła się.I całe szczęście, bo gdybycelnik był bardziej spostrzegawczy, musiałby zauważyć, że kawałek,który został po odłamaniu, nie miał ani jednego orzecha i wyglądałmocno nieapetycznie.Zciskając rączkę neseseru mocniej niż zwykle, Henry wyszedł zbudynku i stanął w kolejce do taksówek.Gdy nadeszła jego kolej,rzucił głośno i z wyrazną ulgą: Do Jerozolimy, proszę.Bazar na Starym Mieście. Rozdział 26Tel Awiw, Izrael, środa, godz.20.45Maggie nie mogła się uwolnić od myśli, że  jak na tak mały kraj Izrael jest pełen niezwykłych kontrastów.Droga zajęła im niecałągodzinę, a miała wrażenie, jakby odbyli podróż w czasie.Wyruszyliz Jerozolimy, miasta wzniesionego z jasnego kamienia z czasówbiblijnych, w którym wszystko nosiło piętno starożytnej historii, bydotrzeć do Tel Awiwu, hałaśliwej i zaskakująco nowoczesnejmetropolii.W oddali strzelały w niebo lśniące drapacze chmur,których oświetlone górne piętra przypominały szachownice; przydrodze ciągnął się rząd zbudowanych z betonu apartamentowcówwyposażonych w baterie słoneczne i potężne cylindry na dachach,które  wedle słów Uriego  pełniły funkcję zbiorników gorącejwody.Po zjechaniu z szosy i wjechaniu w ulice miasta Maggie zezdumieniem przyglądała się lasowi billboardów, tłumomprzechodniów, niezliczonym barom i kafejkom z ogródkamiwychodzącymi na chodniki, ogromnemu ruchowi i nowoczesnymbiurowcom, dziewczętom w obcisłych topach i chłopcom z tlenionymiczubami.O rzut kamieniem od świątobliwej Jerozolimy Tel Awiwsprawiał wrażenie centrum pulsującej, wszechogarniającejbezbożności. Szukamy bloku numer sześć.Staniemy tutaj  powiedział Uri.Jechali ulicą Mapu, która sądząc po zaparkowanych samochodach,zaliczała się do zamożniejszych w mieście.Apartamen-towiec niewyróżniał się niczym szczególnym i tak jak inne zbudowany był z białego betonu.Przeszli przez coś w rodzajupodcienia, minęli rząd metalowych skrzynek na listy i dotarli dodrzwi wyposażonych w domofon.Uri nacisnął numer siedem-dziesiąt dwa.Nikt się nie odezwał.Maggie niecierpliwie sięgnęła przezramię Uriego i ponownie nacisnęła, tym razem znacznie dłużej.Nadal cisza. Spróbuj jeszcze raz zatelefonować [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum