[ Pobierz całość w formacie PDF ]
."Zwykły, banalny melodramat" - pomyślała Susan, ale ta historia najemnego mordercy wnieprzyjemny sposób przypomniała jej własne trwogi, co sprawiło, że noc miała niespokojną.Zniło jej się, że to ona leży w łóżku, bezwładna, jak Barbara Stanwyck w filmie, samotna wdomu na odludziu, a tymczasem morderca, ubrany na czarno, bez przerwy podnosi i odkładasłuchawkę telefoniczną, powtarzając do znudzenia: "Pomyłka, proszę się rozłączyć". Następnego dnia - był to czwartek - zaraz po śniadaniu zadzwoniła do Air France,potwierdziła miejsce na wieczorny samolot do Paryża i anulowała rezerwację na dwanastępne dni.Potern udała się do banku i zrealizowała czek wystawiony przez właścicielagarażu, który kupił od niej samochód.Po południu poszła do swojego pokoju, pozamykała walizki.Z szuflady komody wydostałaplastykowy woreczek, w którym trzymała nocną koszulę.Położyła na łóżku wszystkie swojepieniądze.W sumie miała przeszło czternaście tysięcy dolarów.Podzieliła je na trzy równekupki, które następnie ułożyła obok siebie w woreczku.Zakleiwszy woreczek plastrem,przycisnęła go jedną ręką do ciała poniżej brzucha, a drugą solidnie przylepiła do skóryszerokimi taśmami plastra.Ukończywszy zabieg, poprawiła ubranie.Umyślnie wybrała na podróż sukienkę dość luzną.Krytycznym okiem obejrzała się w lustrze i z zadowoleniem stwierdziła, że nie wygląda nakobietę w piątym miesiącu ciąży.Zajrzała do torebki i przekonała się, że ma jeszcze okołotrzystu dolarów, co jej powinno w Zupełności wystarczyć na podróż.O czwartej do drzwi mieszkania zadzwoniła Barbara Romano.Załatwiła sobie zwolnienie nadzisiejsze popołudnie.Popijając herbatę, zastanawiały się we trójkę, jak będą tłumaczyćprzyjaciołom Susan ten jej nieoczekiwany wyjazd.Ustaliły, że umotywują go depresjąnerwową, w jaką wpadła Susan przeciążona pracą w redakcji.Depresja ta doprowadziła doporzucenia pracy i wyjazdu na czas nieokreślony do domu zdrowia w Maine.Wyszły z domu i wsiadły do samochodu Barbary.Był to wygodny Chevrolet, bowiemBarbara, jeśli chodzi o samochody, miała gusty raczej tradycyjne.Ruch był ogromny.Barbara, jak zwykle, prowadziła w sposób urągający zdrowemurozsądkowi, odwracała się często do Flory Bramovitz - która siedziała z tyłu - aby jejopowiedzieć o wystawie swoich obrazów.Flora Bramovitz nie odzywała się ani słówkiem.Drętwiała z przerażenia, w każdej chwili spodziewając się wypadku, oczy jej bez przerwywpatrywały się w ulicę.Susan wprost zachłannie wyglądała przez okno, zadając sobiepytanie, czy jeszcze kiedykolwiek w życiu zobaczy tę siarą kochaną dzielnicę Queens.Wreszcie dojechały na lotnisko Kennedy'ego i Barbara zatrzymała samochód naprzeciwkobiura Air France.Flora Bramovitz wysiadła z wozu pierwsza.- Barbaro - powiedziała tonem wymówki - jeżeli nie przyrzekniesz mi, że w drodzepowrotnej będziesz prowadzić wóz ostrożniej, wezmę taksówkę.Barbara zrobiła minę strofowanej dziewczynki.- Przysięgam, że będę już grzeczna, proszę pani.Kiedy Barbara ustawiała samochód na parkingu, Susan nadała bagaże.Musiała zapłacićprawie sto dolarów za nadwagę.Gdy Barbara zjawiła się w hallu, formalności były jużzałatwione i wszystkie trzy udały się do baru.Ale rozmowa jakoś się nie kleiła i kiedy przezgłośnik zapowiedziano odprawę pasażerów odlatujących samolotem Air France z NowegoJorku do Paryża, Susan podniosła się z prawdziwą ulgą.Matka długo trzymała ją w ramionach.Azy spływały jej po policzkach.Susan ledwowstrzymywała się od płaczu.Czy jeszcze kiedyś w życiu zobaczy matkę? Czy nieobecnośćcórki nie będzie jej zabijać - powoli, dzień po dniu? Rzuciła wzrokiem pełnym rozpaczy naBarbarę, a ona podeszła do matki i córki, złączonych uściskiem, i bardzo łagodnie odsunęła jeod siebie.Potem ucałowała przyjaciółkę.- Do widzenia, siostrzyczko.Bądz dobrej myśli.I powiedz Jacques'owi, żeby o ciebiedbał.Bo inaczej będzie miał ze mną do czynienia! Nie ma nic straszniejszego niż artystkamalarka, która wpadnie w furię!- Do widzenia, mamo.Do widzenia, Barbaro.Szybko wmieszała się w tłum pasażerów, zmierzający w stronę wyjścia na płytę lotniska.Pózniej, kiedy samolot oderwał się już od ziemi, ogarnęło jądawno zapomniane poczucie bezpieczeństwa.Uczuła się wolna, zaczęła sobie nawet wyrzucać, że jest egoistką, bo myśli tylkoo sobie i nie zważa na to, ile swoim wyjazdem sprawia przykro-ści matce i przyjaciołom.Kolacja była wyśmienita.Szczególnie smakował jej tournedos z sosem bearnais i babka zrumem.Za dwa dolary pięćdziesiąt wypożyczyła słuchawki i skończywszy posiłek słuchałaprzez dwie godziny wrzaskliwego programu jazzowego, w którym saksofon zagłuszał tenorStaną Getza.Siedziała sama.Samolot był niemalże pusty.Ułożyła jaśki i koce i wyciągnęłasię wygodnie na trzech fotelach.Sen miała spokojny, a kiedy stewardesa ją obudziła, samolotschodził do lądowania na lotnisku Orły.Ledwie zdążyła wyskoczyć do toalety, lekkoprzemyć twarz wodą, uczesać się i poprawić makijaż.Kiedy wyszła na pomost, wstrząsnął nią dreszcz.W Paryżu było tak samo zimno jak wNowym Jorku.Czekając w kolejce na kontrolę paszportową, spostrzegła Jacques'a.Pomachał jej ręką, a onaodpowiedziała mu tak samo i uśmiechnęła się radośnie.Celnik, nie kontrolując jej bagażu, dałznak, żeby przechodziła, i w pięć minut pózniej znalazła się w ramionach Jacques'a.Podługim pocałunku odsunął ją od siebie na odległość ręki i zmarszczył brwi. Ależ schudłaś! Wybuchnęła śmiechem. To bardzo modne.Nie słyszałeś o Twiggy? Miałaś jakieś zmartwienia? Zachmurzyła się i skłamała:- Chyba nie, myślę, że to raczej pewnego rodzaju depresja wynikająca z wariackiegotrybu życia dziennikarki w piekle Nowego Jorku roku 1967.- Biedna maleńka, znajdziemy na to lekarstwo.A terazchodzmy.Wziął od niej torbę i pociągnął za sobą.Z przyjemnością znalazła się znowu w niewielkim domu przy ulicy Monceau.Wnętrze williurządzone było nowocześnie i z wyszukanym luksusem.Susan była zadowolona, nie znosiła bowiem antyków.Uważała, że są niewygodne, smutne, żedziałają deprymująco.Właśnie de-prymująco.Dom miał dwa piętra i suterenę zamienioną na garaż.Od ulicy dzielił go szerokitrawnik, przez który wiła się wąska cementowana alejka, ledwie pozwalająca namanewrowanie samochodem.Mimo dość dużego zanieczyszczenia powietrza, rosło tu paręwątłych akacji.Dom był zbyt obszerny, jak na jedną osobę, ale Jacques utrzymywał, że często gości tuprzyjaciół bawiących przejazdem w Paryżu.On sam zajmował tylko pierwsze piętro i parter.Starsza kobieta, która pełniła funkcje kucharki, służącej i sprzątaczki jednocześnie, miała dlasiebie nieduży dwupokojowy apartament na drugim piętrze.Wszystkie inne pokoje na tympiętrze były jednoosobowe [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum