[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Sam również stanąłem, poczym zacząłem się cofać w obawie, że mężczyzna dojrzy moje stopy.Ale wtedy zobaczyłem,że podkrada się do niego wampir.Zakląłem pod nosem i podbiegłem.Gdyby Crepsley nasłuchiwał uważniej, na pewnoby mnie usłyszał, był jednak zbyt skupiony na mężczyznie, którego śledził.Przystanąłem kilka kroków za wampirem i wyciągnąłem zardzewiały nóż.Był toidealny moment na atak - Crepsley stał nieruchomo, skoncentrowany na grubasie,nieświadomy mojej obecności, po prostu doskonały cel.Ale jeszcze nie mogłem zaatakować.To on musiał wykonać pierwszy ruch.Nie chciałem uznać go za winnego, dopóki niezdobędę dowodu.A tym dowodem byłby atak na faceta.Jak powiedział Evra, gdybymuśmiercił wampira, nie mógłbym już przywrócić go do życia.No więc w takiej chwili niemogłem popełnić błędu.Sekundy ciągnęły się jak godziny, gdy gruby mężczyzna przykucnął, oglądając naposadzce coś, co przyciągnęło jego uwagę.W końcu wzruszył ramionami i się podniósł.Słyszałem, jak Crepsley syczy, widziałem, że szykuje się do skoku.Podniosłem nóż.Grubas musiał coś usłyszeć, bo spojrzał na sufit - (Nie w tę stronę! powinienpopatrzeć za siebie!) - tuż przed tym, jak został zaatakowany.Spodziewałem się tego ruchu, ale i tak dałem się zaskoczyć.Gdybym się zerwał w tejsamej chwili co wampir, mógłbym uderzyć i trafić dokładnie w to miejsce, w którecelowałem: jego gardło.Jednak spózniłem się o ułamek sekundy i chybiłem.Wrzasnąłemprzerazliwie, rzucając się na niego, częściowo po to, żeby go odciągnąć od ofiary, aczęściowo dlatego, że sam byłem przerażony tym, co robiłem.Crepsley obrócił się na pięcie i otworzył szeroko oczy, zszokowany.Ponieważ niepatrzył już przed siebie, wpadł prosto na grubasa i razem z nim runął na podłogę.Doskoczyłem do wampira i zamachnąłem się nożem.Ostrze wbiło się głęboko w jegolewe ramię.Crepsley ryknął z bólu i próbował mnie odepchnąć.Przygniotłem go do ziemi -unieruchomiony, nie mógł wykorzystać swego ciężaru i wielkiej siły przeciwko mnie - iodciągnąłem rękę do tyłu, żeby zadać decydujący, śmiertelny cios.Jednak.nie zadałem tego ciosu.Kiedy tylko odchyliłem rękę do tyłu, uderzyłem wkogoś łokciem.Kogoś, kto na mnie opadał.Kogoś, kto zeskoczył z góry.Kogoś, kto krzyknąłprzerazliwie, trafiony moją ręką, i odtoczył się na bok najszybciej, jak potrafił.Zapominając na moment o wampirze, spojrzałem przez ramię na odsuwającą siępostać.Widziałem, że to mężczyzna, jednak dopiero gdy znieruchomiał i podniósł się z posadzki, mogłem przyjrzeć mu się dokładniej.Kiedy spojrzał na mnie, zacząłem żałować, że nie uciekł gdzieś daleko.Byłprzerażający.Wysoki.Barczysty i rozdęty.Ubrany w nieskazitelnie biały garnitur,poznaczony teraz jedynie krwią, którą starł z podłogi podczas upadku.Z jasnym ubraniemkontrastowały ostro jego skóra, włosy, oczy, wargi i paznokcie.Skóra była fioletowa, pokrytaniezdrowymi plamami.Pozostałe części ciała miały ciemnoczerwoną, jaskrawą barwę, jakbyunurzane zostały we krwi.Nie miałem pojęcia, kim jest to stworzenie, ale od razu zrozumiałem, że jest ono nawskroś złe.Zło emanowało z jego postawy, z szyderczego uśmiechu, z oczu, w którychtańczyło szaleństwo, z ust, które odsłaniały ostre zęby drapieżnika.Słyszałem, jak zaskoczony Crepsley klnie i podnosi się z podłogi.Zanim jeszczewstał, obrzydliwy potwór ryknął ogłuszająco i ruszył w moją stronę z prędkością, jakiej niemógłby osiągnąć żaden człowiek.Pochylił głowę i uderzył we mnie, niemal rozrywającściany mojego żołądka i pozbawiając mnie oddechu.Odrzuciło mnie do tyłu, prosto naCrepsleya, którego mimowolnie przewróciłem.Potwór w bieli wrzasnął i zawahał się na moment, jakby rozważając, czy powinienprzejść do ataku.Potem jednak chwycił się zwierzęcej tuszy i podciągnął w górę.Szybkoskoczył wysoko (dopiero teraz zauważyłem, że wzdłuż wszystkich ścian sali pod samymsufitem ciągnęły się rzędy okien), złapał się parapetu, wybił szybę i wyskoczył na zewnątrz.Crepsley zaklął ponownie i odepchnął mnie na bok.Wspiął się na tuszę i skoczyłśladem tego strasznego mężczyzny o fioletowej skórze.Sycząc z bólu, zranioną ręką chwyciłsię parapetu i przysiadł na nim.Kucał tam przez moment, nasłuchując uważnie, po czymopuścił głowę i przygarbił się.Grubas - który do tej pory kwilił tylko jak dziecko - podniósł głowę z posadzki izaczął się czołgać na bok.Wampir rzucił ostatnie zrozpaczone spojrzenie za okno, opadł na ziemię i podszedłszybko do rzeznika, który właśnie próbował wstać.Obserwowałem bezradnie, jak Crepsleypodnosi faceta i patrzy mu gniewnie w twarz - jeśli zamierzał zabić, to nie byłem już w staniego powstrzymać.Czułem się tak, jakby ktoś uderzył we mnie taranem.Nawet oddychaniesprawiało mi ból, nie mówiąc o wykonywaniu jakichkolwiek ruchów.Jednak wampir nie zamierzał nikogo mordować.Dmuchnął gazem usypiającym prostow twarz przerażonego mężczyzny, który zesztywniał, a potem osunął się bezwładnie napodłogę, pozbawiony przytomności.Potem odwrócił się i ruszył na mnie.Jeszcze nigdy niewidziałem go tak wściekłego.Zacząłem się bać o własne życie.Podniósł mnie i potrząsnął jak szmacianą lalką.- Ty idioto! - ryknął [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum