[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Dyć sam pan mi obiecywał, że nie będę nosił liberii - żachnął się.- Aprzedtem jeszcze waszmość mi powiadałeś, że wystarasz się dla mnie ostanowisko prawdziwego marynarza, takiego smolucha, co to zwija liny ikręci sterem.Tak obiecywałeś, panie Ormerod, a ja panu wierzyłem.Choćjest wielu takich, którym za nic jest okpić biednego Bena.- Ja cię nie oszukam, Benie - odrzekłem.- Jeżeli chcesz iść na morze, nie będę się sprzeciwiał.I nazajutrz wystarałem się dlań o miejsce na pakietbocie (statekpocztowy) barbadoskim, ostrzegając go, by nie rozgłaszał dziejów przeszłegoswego życia, o ile nie ma ochoty, jako dawny korsarz, dostać się w ręceurzędników Admiralicji.Był on ostatnim węzłem, jaki łączył nas z niecnąkompanią podlegającą niegdyś wspólnym rządom mego dziadka i Johna Flinta.Co się stało z nim, jako też z niedobitkami załogi Flinta na "KoniuMorskim", nie wiem do dnia dzisiejszego; że jednak nigdy już nie opowiadanomi o "Koniu Morskim", wnioskuję, że ten okręt albo się rozbił, albo teżzostał porzucony przez swą załogę.Wiem tylko, że opuścił Savannah w ciągudwudziestu czterech godzin od naszego wylądowania tamże - tyle tylkodowiedziałem się z listów jednego z tamecznych kupców.Wróciłże on na Rendez-vous? Czy korsarze zdołali przeryć całąpowierzchnię wyspy, by odkryć skarb zakopany przez Flinta? Czy też możewyprawili się po złoto ukryte przez nas na Skrzyni Umrzyka? I jedno, idrugie - beznadziejne to przedsięwzięcia! Całkiem to samo, co szukaniejakiegoś tam ziarnka zboża w kopiastym sąsieku.A cóż się stało z Billem Bonesem? Czy zmylił pogoń swych opuszczonychkamratów i szukał sposobności, by na własną rękę wykopać skarb Flinta?Przysiągłbym, że było to jego zamiarem od samego początku; tak samo dałbymgłowę, że gdyby Silverowi udało się wpierw dostać w swe ręce mapę Flinta,tak pokierowałby sprawą, że tylko on i garstka jego najbliższych przyjaciółbyłaby dopuszczona do udziału w łupie.Ale może Bones nie zdołał sięwymknąć? Może Silver natrafił na jego ślad i ścigał go tą osobliwą zemstą,której dawano u nich nazwę "czarnej plamy"? Często zachodziłem w głowę, coto mogło być takiego (Odpowiedz na te wszystkie pytania znajdzie czytelnikw książce R.L.Stevensona Wyspa Skarbów)No, niechże to im wyjdzie na zdrowie, jeżeli potrafią odnalezć ów skarblub jego cząstkę.Mówiłem nieraz z Moirą o tym, czy zawiadomić sojusznikówjej ojca, jakobitów, o skarbie zakopanym na Skrzyni Umrzyka, a ona zrazuskłaniała się do tej myśli, lecz pózniej, gdy już zamieszkaliśmy w NowymJorku, odmieniła zdanie i przysięgła sobie nie podejmować żadnego kroku,który by zakłócał spokój.- Nie ma tu co myśleć o sympatiach hanowerskich lub jakobickich -powiedziała.- Wszyscy jesteśmy Anglikami.Ale zapędziłem się zbyt daleko w opowiadaniu.Cofnijmy się wstecz ipowróćmy do gospody w Charlestonie.Odprawiliśmy Beniamina Gunna iułożyliśmy sobie, że będziemy się posuwać na północ wzdłuż wybrzeżamorskiego.Jedyne, na co dybaliśmy, było znalezć jakiego księdza, by dał miślub z Moirą; zdawało się, że to nie może stać się prędzej aż w Baltimore.Jednak szczęście nie opuszczało nas do ostatka, gdyż w dniu, w którymmieliśmy wyruszyć, zerwała się burza, tak iż zmuszeni byliśmy odłożyć nasząpodróż; tego samego zaś dnia po południu zawinął do przystani okrętfrancuski, chroniący się przed zawieruchą.Wśród podróżnych tego statkuznajdował się pewien franciszkanin i chętnie się zgodził dać nam ślub.Ostatecznie przybyliśmy do Nowego Jorku dnia 24 kwietnia 1755 roku, ogodzinie czwartej po południu.Ojciec właśnie znajdował się w kantorze przyulicy Perłowej i podszedł ku drzwiom na odgłos kopyt końskich tętniących pobruku.Zachodzące słońce raziło go w oczy, toteż przez ten czas, gdyzeskoczyłem z konia i pomagałem Moirze zsiąść z siodła, ojczysko moje stałooszołomione, bojąc się, czy to nie mami go jaskrawy blask.- Czy to naprawdę ty, Robercie? - zawołał.- Ale chyba tak.bo otoPiotr i Darby!- Tak, ojcze! - odpowiedziałem.- I jeszcze kogoś w dom ci przywiozłem.On, uśmiechając się z rozrzewnieniem, rozwarł ramiona.- Jest tu miejsce dla was obojga, mój chłopcze.Widzę, żeś wstąpił w mojeślady i ze swej ryzykownej wyprawy przywiozłeś sobie żonę.- Jest to szlachcianka irlandzka, którą.- Kimkolwiek jest, sercem ją całym witam.Ale chodzcie no, chodzcieoboje! Zdrów.i cały.i z żoną! Robercie, ledwo temu mogę uwierzyć! Pocałym roku rozłąki! Piotrze, wiedziałem, że przy tobie nie stanie mu się nic złego [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum