[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.204 - Ciekawe, który to? - zastanawiał się Mullard.- Ten - powiedziałam, wskazując na gipsowo--drewniany domek.- Jest za nim pusty plac.Jockomówił, że startował stąd balon.Nie wystartowałbyze środka lasu.Przyglądaliśmy się z daleka, co się dzieje w domu.Na parterze od frontu było światło, natomiast tyłi całe piętro tonęły w ciemności.- Podkradniemy się i zajrzymy do okien - powiedziałam - ale musimy być ostrożni.Mogli postawićkogoś przed domem na straży.- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać- powiedział Mullard.Przybliżyliśmy się, ukryci się za drzewami, a Mullard rzucił kamykiem.Upadł na progu z dość głośnym stukiem.Nikt nie wyszedł z ukrycia, żebysprawdzić.Rzucił jeszcze kilka, a kiedy upewniliśmysię, że z zewnątrz dom nie jest strzeżony, przyczoł-galiśmy się bliżej.Zasłony były zaciągnięte i niemogliśmy zobaczyć, co dzieje się w środku.- Wydaje mi się, że dotarliśmy tutaj przed innymi- powiedział Mullard.- Nie sądzę, żeby to było możliwe, skoro pózniejwyruszyliśmy i jechaliśmy dość powoli.Muszą byćwewnątrz.Tylko dlaczego jest tak cicho? Chybaże.- zakrztusiłam się ze strachu.- Nie, panienko.Nie czas się teraz niepokoić.Wejdę do domu od tyłu.- Przyłóżmy najpierw ucho do drzwi.Teraz, kiedy miało dojść do ostatecznej konfrontacji, czułam, że choć duch mój jest silny, ciało205 - słabe.Odwaga, jakiej spodziewano się po córceduchownego, nie miała charakteru fizycznego.Najodważniejszym moim wyczynem było uratowanieGinnie Simpson przed psem, który zaczynał się jejdobierać do nóg.Miałam wtedy dziesięć lat.- Ciekawe, gdzie trzymają panią Clarke - zastanawiał się Mullard.- Pewnie zamkniętą gdzieśw pokoju na górze.Myśląc o odwadze Anne i niebezpieczeństwie grożącym Algernonowi, zebrałam się w sobie i wczołgałam się po dwóch drewnianych schodkach.Jużchciałam przyłożyć ucho, kiedy rozległ się strasznyhałas.Nie był to wystrzał z pistoletu, lecz głuchyłoskot, jakby ciało uderzyło o ziemię.Wyobraziłam sobie od razu, że to Algernona takpotraktowano.Zaraz nastąpił następny łomot, jakbyłamanie krzesła.- Musimy wejść, Mullard - powiedziałam, kładącrękę na klamce.Nie ustąpiła.- Zamknięte!- Spróbuję od tyłu.Pani zostanie tutaj.Poszłam za nim.Tylne drzwi nie były zamknięte.Niemożliwe, żeby je tak zostawili.Byłam pewna, żeto Sharkey poradził sobie z zamkiem.Kiedy znalezliśmy się w środku, odgłosy walki stały się wyrazne.Słychać było głos kobiety, krzyczącej coś po francusku.Rozległ się strzał, po nim następny.Przebiegłam przez kuchnię do salonu i zobaczyłam, jakAlgernon okłada pięściami Vivaldiego, a potarganablondyna, krzycząc, próbuje uderzyć Algernonadzbanem na wodę.Algernonowi nie groziło niebezpieczeństwo ze strony starszego, słabszego Vival-206 diego.Rozejrzałam się i zrozumiałam, gdzie jestprawdziwe zagrożenie.Ciemnowłosy przystojnymężczyzna, zapewne Alfonse, wymierzył pistoletw walczących mężczyzn, czekając na okazję, bystrzelić, nie raniąc Vivaldiego.Kiedy zobaczyłam ten pistolet wymierzony w Al-gernona, opuścił mnie wszelki strach.Podbiegłamjak szalona, wymachując pogrzebaczem.Alfonsezauważył mnie i skierował we mnie broń.Wtedyzobaczyli mnie inni.Algernon wykrzyknął dziwnym, zdumionym głosem:- Cathy!Zapadła martwa cisza.Resztka manier Alfonse'auratowała mi życie.Na ułamek sekundy zawahałsię, czy strzelać do kobiety.To wystarczyło, żebymuderzyła go z całej siły pogrzebaczem w głowę.Wprawdzie nie upadł, ale na moment go zamroczyło.Mullard skoczył i wykręcił mu ręce do tyłu.Pistolet Alfonse'a upadł na ziemię.- Coś do związania rąk temu bandycie - odezwałsię Mullard.Zerwałam Alfonse'owi krawat ż trzymałam lufęprzy jego ciele, gdy Mullard związywał mu ręce.Madame przeszła od krzyku do łez.Vivaldi opadłz sił.Rzucił wiązankę francuskich przekleństw,a Algernon popchnął go na krzesło i przywiązałkoronkowym szalem madame.Jej nie związywali.Rzuciła się na Alfonse'a najpierw z pretensjami,pózniej z płaczem, a następnie obsypała go pocałunkami.- Gdzie Anne? - spytałam Algernona.207 Patrzył na mnie, zdumiony i zaskoczony, wciążnie wierząc własnym oczom.- Skąd się tu wzięłaś? Co tu robisz?- Pózniej, Algernonie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum