[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Rozenkrontz, chmurny, przechadzał się po izbie, niecierpliwie czekając Dolsilwowegootrzezwienia. Boli. jęknął wreszcie poeta .więc jestem. Pamiętasz. zaczął Rozenkrontz, ale przyjaciel mu przerwał. Pamiętam.rozbłysk tysiąca słońc, gwiazdy tańczyły, a ja płynąłem przez pustkę, która niejest pustką.Pustka. Pustak?  podpowiedział Rozenkrontz, z nadzieją. Pustak? Miałem wizję i. Ja też!  zerwał się poeta, lecz wnet ból czaszki go okiełznał. Co też? Wizję miałem i. Wieszczyłem?  dopytywał ponuro Rozenkrontz. Nie pamiętam. Ja pamiętam.Obaj przyjaciele równocześnie odwrócili się na dzwięk obcego głosu.Dziecięcego głosu.Dokarczmy weszła właśnie dziewczynka, mogła mieć cztery, najwyżej pięć lat.Ciemne włosyopadały na oczy, dziwne oczy.Wejrzenie smutne i mądre zarazem.Smutna mądrość, mądrośćbólu  oto oczy, jakie miewają dzieci ciężko doświadczane losem.Takie dzieciaki jadają z drzewwiadomości, choć apetyt im nie dopisuje.To ów wyraz, co wypiera beztroskę raz na zawsze.Rozenkrontz owi od jakiegoś czasu śniły się takie właśnie oczy  skądś wiedział, że należą dojego syna, którego nigdy nie widział i już nie zobaczy.We śnie nie dostrzegał rysów jego twarzyani żadnych innych szczegółów  tylko oczy.Nie było w nich oskarżenia, choć może powinno.Był smutek.Smutek świadomości. Jesteś za mała. zaczął karczmarz. Czekaj  przerwał mu Rozenkrontz. Jesteś świadkiem? To znaczy, widziałaś.słyszałaś. zaplątał się. Ją pamiętam  jęknął Dolsilwa. Mogła słyszeć.Jest dziwna. Masz jakieś imię?  zapytał Rozenkrontz.Wpatrywał się w nią uważnie.Dolsilwa miałrację: była dziwna. Mam.Miałam.Cisza.Karczmarz obserwował niechętnie zdarzenia, bo ich rozwój nie mógł się łączyćz zyskami.Nic nie obeszło go zemdlenie Dolsilwy, sam doznał bowiem w życiu gorszychuszczerbków; był weteranem bitwy na polach Wardan, od tamtej pory kuśtykał na kikucie lewejnogi.Dziewka tymczasem ulotniła się, nie pozostawiając po sobie nawet wspomnienia.  Jesteś głodna? Spragniona?Dziewczynka milczała. Co rzekłem? Co usłyszałaś? Udasz się do przeklętego miasta Barden.To usłyszałam  odezwała się wreszcie. Barden. szepnął Rozenkrontz.Bezwiednie poszukał monety, którą miał zawieszoną naszyi.Jedyna moneta, jaka się go trzymała  sarkał często Dolsilwa. Barden?!  warknął poeta. Nigdy! Co, Rozenkrontz? Nigdy? Powiedz jej, że nigdy.I kto wie, może i nawet Rozenkrontz powiedziałby, wszak Barden było jednym z tychlicznych miejsc, gdzie nikt za nim nie tęsknił.Fortuna jednak niefortunnie chciała, że w tymakurat momencie nowy gość zawitał do karczmy; przywiódł z sobą dziwny zapach, jakbysłodkomdły, subtelny.Rozenkrontz poczuł to od razu, Dolsilwa, jak zwykle, z opóznieniem.Oblicze karczmarza rozjaśniło się niczym księżyc w pełni; spodziewał się wreszcie jakichśzamówień.Lecz i tym razem gorzkie czekało go rozczarowanie. Selijon  rzekł nowo przybyły, dziwnie jakoś zaciągając, jakby śpiewał, a nie gadał.Nosiłsię zresztą z cudzoziemska.Dolsilwa wziął go za przybysza z Zachodnich Ziem, zaś karczmarz,który nigdy nosa nie wyściubił za opłotki miasta, obstawiał raczej Imperium Hongh.Gośćpotężnej był postury, ale poruszał się lekko i wyczuwało się w nim pewną dozę łaskawejłagodności. Selijon  powtórzył Rozenkrontz, zachodząc w głowę, cóż, u licha, oznacza to słowo. Selijon z Barden. Barden  powiedzieli równocześnie Rozenkrontz, Dolsilwa i karczmarz.Ten pierwszy pojął  przeznaczenie znów chwyciło go za gardło i łatwo nie puści.W mrokach podziemi, w katakumbach Barden rozbudowanych w starożytnych czasachz takim rozmachem, że powiadano o nich Miasto Podziemne, mieszka człowiek, który nie dokońca jest człowiekiem.Jest jak monstrualny czerw żerujący na trupie miasta  wyjada obumarłątkankę, soki spija, tyje cierpieniem innych.Nazywają go, nie bez powodu, Pustakiem.Legendagłosi, że nikt od stuleci nie widział jego twarzy, nawet on sam.Mówi się również, że Pustak nielęka się niczego, jedynie własnego odbicia; że w podziemnych korytarzach ukryte jest jednojedyne zwierciadło.I że nadejdzie czas, kiedy Pustak w nie wejrzy.Teraz jednak, dokładnie trzy dni po rzezi Milczących, krąży po owych katakumbachutopionych w cieniu, z dziwną energią, gwałtownością.Kreśli na ścianach figury fosforyzującąkredą  puste klepsydry, pentagramy, niezrozumiałe symbole układające się w niepojęte wzory.I cedzi z właściwą mu obojętnością zaklęcia, być może w starowereńskiej mowie, w JęzykuBoga.Zaklęcia i wzory powtarza, zda się, w nieskończoność i z nieskończoną cierpliwością.Jest w brakach Pustaka moc, w jego obojętności czuć siłę.Czyż można obojętnością zmóc pełnię dobra lub zła? Nicość Pustaka jest jak powolny żywioł, jego zaklęcia to krople wody fedrująceskały.Cierpliwość.Nieludzka cierpliwość.Pelijoza cisnął nożem.Ostrze z mlaśnięciem rozpłatało na poły muchę, która nieostrożnieprzysiadła na ścianie.Nie popisywał się; owad naprawdę był dokuczliwy.Nadto nikt nie patrzył.Pelijoza wyjrzał przez okno  pora była taka, że na firmamencie powinny już błysnąć gwiazdy,które w jego stronach nazywano pogardliwie Zwietlistym Kurzem.Ale nie w Barden.Nie podołowianym niebem. A właściwie, to nad  mruknął do siebie Pelijoza.Usiłował sobie przypomnieć, skąd takie, a nie inne gwiazd określenie  i przez dłuższy czasnie mógł.Kiedy był dzieckiem, słuchał historii dziadka, który był jak wiecznie otwarta Księgajego ludu  pełen opowieści.Opowieści wylewały się strumieniem z ust starca, ten zaś niechętniestawiał im tamę.A ja nic nie pamiętam, pomyślał z wyrzutem Pelijoza.Wyciągnął nóż; dolna połowa muchy opadła na podłogę, górna nadal stroiła ścianę.Był czas,że Pelijozę zastanowiłby fenomen  dlaczego tak właśnie? Dlaczego pół muchy opadło, a drugapołowa nie? Czy była w tym jakaś symetria? Przypadek? Czy muchy miewają swojeprzeznaczenia? Tak, był taki czas, choć od dawna zadawał sobie i światu jakby mniej pytań.Jegofachem bowiem były odpowiedzi.Przypomniał sobie.Dwóch bogów przechadzało się pośród wszechobecneji wszechogarniającej pustki. Jak pustka pustkę może wszechogarniać?  mruknął Pelijoza. No i skąd wzięli siębogowie? Co było przed nimi?Pamiętał [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum