[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.— Już pana nie potrzebuję — oświadczył, kiedy pobrałodciski również z lewej dłoni.— Trafi pan sam na dół? — Niechciało mu się odprowadzać świadka.— Oczywiście, jaka filozofia? — Ratajczyk nie rozumiał,dlaczego faceci po czterdziestce biorą dwudziestolatków zamałe dzieci.Przygodny wolał nie uświadamiać chłopaka, że filozofiapolega na tym, by wyglądać na policjanta w cywilu pracują-cego w komendzie.Zbytnie zagubienie i rozglądanie się mo-gło zakończyć się powaleniem na podłogę i zakuciem w kaj-danki przez funkcjonariuszy CBS, którzy urzędowali naostatnich piętrach i mieli paranoiczną obsesję na punkciebezpieczeństwa.-55-Komisarz wyszedł przed komendę.Ponieważ Wójcikz Wojtkiewiczem nie dowieźli jeszcze Kozłowskiego, postano-wił przejść się na plac Solny i zweryfikować alibi pielęgniarza.Ruszył szybkim krokiem przez plac Wolności.Tym razem nienaszły go wspomnienia, był całkowicie pochłonięty analizo-waniem zeznań Ratajczyka.Coś mu w nich nie grało.Żadne-go wyraźnego potknięcia, żadnych sprzeczności, ale mimowszystko nie każdy trybik zaskakiwał tam tak, jak powinien.Albo właśnie odwrotnie: zaskakiwał zbyt gładko.Komisarznie potrafił się zdecydować, jakie ma zastrzeżenia do tych ze-znań, więc tym bardziej go frapowały.Odnosił wrażenie, że ma wystarczająco dużo materiału, by ocenić prawdomównośćświadka, ale nie potrafił tego zrobić.Nie dostrzegał tłoczących się w korku na Krupniczej sa-mochodów, machinalnie przeszedł na światłach — nie patrzyłna sygnalizator, tylko podążył za tłumem — minął Bibliote-kę Uniwersytecką i znalazł się na schodach prowadzących naplac Solny.Lubił ten odcinek, na którym, mimo że łączył dwieruchliwe części Wrocławia, było zwykle mniej ludzi, a archi-tektura łukowatej bramy i sklepienia kamienic przynosiła nachwilę atmosferę średniowiecznego miasta.Średniowiecze.Mediewiana.I znowu był myślami przyzeznaniach chłopaka.Jeśli Ratajczyk mówił prawdę, zaplątałsię w dziwaczne okoliczności, czy raczej okoliczności zarzuciłynań pętlę, która zaciskała mu się na szyi.Powiedział wpraw-dzie, że z uzyskanych niespodziewanie pieniędzy gotów jestzrezygnować, ale mogła to być deklaracja bez pokrycia, obliczo-na na przekonanie śledczego.Tyle że złożył ją bardzo sponta-nicznie.Albo genialnie zagrał.I znowu komisarz znalazł sięw ślepym zaułku.Myślowym.Bo w rzeczywistości przechodziłprzez otwarty plac, zdominowany przez budki, a właściwie skle-piki z kwiatami.Można było oczywiście odczekać i sprawdzić, czy Rataj-czyk przekazał pieniądze na ten fundusz walki z rakiem, czy-56-jednak je sobie zatrzymał.Problem w tym, że ani oddanie, anizatrzymanie niczego nie przesądzało.Gdyby pieniądze oddał, mogło to, owszem, świadczyć o jego niewinności, ale równieuprawniona była interpretacja, że przeraził się, że zostaniezłapany, i postanowił zrezygnować z korzyści, jakie miało muprzynieść przestępstwo, byleby tylko uniknąć kary.Z koleizatrzymanie pieniędzy wcale nie musiało być dowodem winy,ostatecznie nikt nie oddałby lekką ręką sześciuset tysięcy,a Ratajczyk, ochłonąwszy, mógł na przykład dojść do wnio-sku, że podane alibi wystarczająco dowodzi jego niewinności.Alibi.Komisarz spojrzał na zielony szyld pubu z napisem„Guinness".Wkrótce się przekona.Wbrew pozorom spraw-dzanie alibi nie jest czczą formalnością.Zadziwiająco wielu po-dejrzanych o przestępstwo podaje fałszywe alibi, jakby żywiłoprzekonanie, że policja uwierzy im na słowo.Winni nie mająwyboru, a niewinni najczęściej chcą ukryć, że byli u kochanka,kochanki albo w agencji towarzyskiej.Zwłaszcza w tym ostat-nim przypadku panowie idą w zaparte, woląc zostać oskarżo-nym o morderstwo niż zaryzykować, że małżonka dowie się,gdzie spędzają wolny czas.Pchnął drzwi okolone dwiema latarenkami.W pubie by-ło o tej porze pustawo, tylko przy nielicznych stolikach sie-dzieli goście.Przygodny rozejrzał się po eleganckim wnętrzuw zielonej tonacji.W młodości stołował się w socjalistycznychbarach mlecznych, gdzie po odrapanych ścianach biegałykaraluchy, opryskliwy personel obsługiwał w brudnych far-tuchach, a całość tonęła w trudnym do określenia smrodzie,teraz czuł się odrobinę obco w takich niby luksusowych wnę-trzach.Zdawał sobie sprawę, że luksusowe są one tylko w po-równaniu z PRL-owskimi knajpami, że stanowią wyraz nor-malności, ale właśnie normalność człowiekowi wychowanemuw nienormalnych warunkach jawi się jako przywilej.Możedlatego nie był skłonny do narzekania, nie dołączał się do ciągłychpretensji swoich współrodaków kierowanych do rządzących,-57-że Polska nie dobiła jeszcze do poziomu życia najbogatszychkrajów [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum