[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. No, ale jakoś żeśmy się nie utopili, jak widać powiedział leśniczy z uśmiechem. Ano, jak widać, jakoś nie  powiedział Michał Kątnyznowu z uśmiechem na twarzy. Ale woda taka zimnabyła jak ze studni u Babci Oleńki.Chodzmy, panieleśniczy, bo we wsi pójdą panu spać.Podziękowaliśmy pięknie pani domu za pięknypoczęstunek, cmoknęliśmy elegancko w rękę, rzuciliśmydo kuchni  dobranoc Grażynce, która odrabiała lekcjez psem Kaza nem u nogi, i poszliśmy.Tego wieczoru na kwaterze niewiele rozmawialiśmy.Nie mogłem zapomnieć o tym, co Michał Kątny powiedział podczas tej niby zabawy z leśniczym.Byłemprawie pewien, że jest to sama czysta czarna prawda.Oczywiście nie mogłem go o to zapytać.Oczywiście ontam u leśniczego mówił to tylko do siebie.Sam sobiemówił prawdę, jeśli to była prawda, a dla nas to miała byćzabawa.Nam nawet jakoś nie wolno było sobie pomyśleć,że to jest może coś innego i oczywiście, ani leśniczy, anijego żona, nic sobie innego nie pomyśleli, ja tylkodojrzałem tę możliwość, że oto człowiek z uśmiechem naustach, dostarczając także innym uśmiechu na usta, wbijasobie powoli w serce nóż.Nazajutrz, w poniedziałek, ach, te dni, rozhulała sięstraszliwa zawieja.Tak, jakby Górale przywiezli ją ze sobąz gór.Albo raczej za sobą.Jakby zawieja pędziła za nimi,za pociągiem, którym zjeżdżali z gór, a potem sunęli długopo równinie, potem za autobusem, do którego się przesiedlii tu dopiero ich dopadła, w Bobrowicach, gdzie sięzatrzymali.Górale przyjechali wcześnie rano, a zamiećdotarła na miejsce gdzieś przed jedenastą w południez pięciogodzinnym prawie, do przybycia Górali,opóznieniem.Ale za to jaka zawierucha! Zaczął padaćśnieg, a porywisty zwariowany wielostronny, jakiś takikołowy wiatr robił z nim w powietrzu, co chciał.Rzucałnim, miotał, szastał, zawijał, wywijał zupełnie tak, jakdymem ognisk na zrębie.Na ziemi biała ponowa szybkogrubiała, choć wydawało się, że śnieg nie może dosięgnąćziemi, bo nie pozwala mu na to wiatr.Już miał upaść śniegna ziemię, kiedy ostry podmuch wynosił go znowu do góry i w bok i tak dalej, i znowu już miał upaść śnieg na ziemięprzyciągany słynną siłą ciążenia i znowu podmuch mu nato nie pozwalał.Ale jakoś jednak śnieg dosięgał ziemi, boponowa grubiała w oczach.A w powietrzu gęsto było,gęsto jak sześć razy sześć trzydzieści sześć, tłumnie,szumnie i niesamowicie ruchliwie.Tak było, jakby to niepadał śnieg, tylko tak, że oto naocznie pokazały sięniewidzialne dotychczas atomy powietrza, unaoczniły się,uwidoczniły się i demonstrują przed przerażonymświatem, ile ich i na co stać.Niesamowita bumstararaodbywała się w powietrzu.Stałem przy oknie w kwaterze i patrzyłem na to, co siędzieje na świecie.Wróciłem przed chwilą od leśniczegoz wypłatą w dwóch kieszeniach, tysiąc dwieście złotychw samych dwudziestkach, i teraz patrzyłem przez okno,paląc papierosa.Michała Kątnego nie było.Nie wiem,gdzie poszedł.Dzisiaj jeszcze miał wolne.Na trzebieżmieli iść dopiero jutro.Peresada, młody Batiuk, Selpka,Wasyluk, Nikodem, Tomala, siedmiu dzisiaj przybyłychGórali i Michał Kątny.Towarzystwo liczne i prześliczne.Zabraknie mnie w nim.Jutro raniutko, jeszcze zanimbractwo się zbierze u leśniczego, który poprowadzi ich namiejsce, ja już będę czekał na autobus na placyku przedsklepem, przy słupie, wokół którego zwykło kręcić się jakplanety wokół słońca tych pięcioro białych gęsi.Na gęsibędzie jeszcze za skoro i to ja będę może krążył wokółsłupa z zimna lub z niecierpliwości, że pekaes nienadjeżdża.Albo będę stał, udając spokój.Michał Kątny będzie stał przy mnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum