[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wykwitają z niczego i znikąd, jako drzewka mrozu na szybie cie-płego pańskiego mieszkania.Każdy z nich ma w ręku koszyczek wi-klowy albo torbę u pasa, zeszytą z brytów zgrzebnych, ocalałych z ja-kowychś fartuchów roboczych.Każdy ma w ręku miotełkę, zwitekbrzozy, uszczknięty kędyś sposobem kradzionym z solidnych miotełstróżowskich, może niecnotliwie pozbieranych za oczami właściciela wsklepie mioteł.Szybciej niż stada wróbli spadających na żer rozsypany,ruchy prędkimi jako mgnienie oka, podrygi, skoki i obroty nagłymi, wprysiudy i okrakiem chłopcy zmiatają pył rozpryśnięty z gzemsów be-tonu na chodniku, z błotnistych garbów i dziur jezdni.Chwytają pal-cami kosteczki najmniejsze, okruszyny od złomów odbite, bryłki mi-nimalne.Wygrzebują czerwonymi rękami miał płynący pospołu z gęstątreścią rynsztoka.Wprawnymi ruchami, chybkimi podrzuty chowająmiazgę, uzgarnianą do torb i koszyków.Wszystko to zwinnie, szybko,NASK IFP UG Ze zbiorów  Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG231w lot, w skok, w mig, nim pan posterunkowy zawróci, nim spojrzy,nim dostrzeże, nim skoczy, aby bronić własności każdego, kto posiadapieniądze.Wtedy rozpierzchają się jak szpaki, chyłkiem, między auto-mobilami mkną jak myszy, wyrywają ni to rącze szczenięta, wieją nawsze strony jako wiater, znikają jako mary, wsiąkają w ziemię na wzórdeszczu.I znowu pan posterunkowy zimnym okiem spogląda na przelatująceauta, na ich barwy wielorakie  szare, zielone, granatowe  na ichkształty coraz inne.Słucha ich porykiwania i pobekiwania, prawidło-wego w tym chaosie.Przestrzega porządku w ich biegu bez końca.Zli-zga się po nim zimne spojrzenie pana w głębi, w którego skupionej po-staci mkną wielkie sprawy, wielkie afery, wielkie interesy, wielkie zy-ski.Tam pan w okularach na nosie, w okularach wielkich jak koławózka bezsilnego %7łydziaka.Wielkie pomysły, wielkie intrygi, wielkieplany.Pan z uśmiechem na ustach, z rozkoszną dumą we wzroku: wi-zyta, czarująca rozmowa, spotkanie.Pani bladolica, w lutry otulona nadobnie.Szczęście jej  to te lutry.Po to żyje, by je na sobie pokazywać tym wszystkim, co biegną zzięb-nięci.Przejmujący zapach perfum.Panna czarująca z prawej strony,panna blondynka z lewej.Oficer.Co za rozszalałe spojrzenia! O wol-ności! O swawolna rozkoszy! O, życie! O szczęście! O młodości, mło-dości! Wśród nich wszystkich, między karawanem i frachtowymogromem, pośród nabitych tramwajów i zabryzganych dorożek prze-suwa się chyłkiem ananas.Kapelusik przekrzywiony na ucho.Uchospuszczone do aksamitnego kołnierza od watówki.W kłach papieros.Aapy w głębokich kieszeniach.Buty wyczyszczone do glancu, dopieroco, na rogu.Jesteś, zbóju! Gdy wszyscy śpią lub się duszą w lubieżnych obję-ciach  ci, co mkną w autach, i ci, co się tłuką w dorożkach, co sięgniotą i popychają w tramwajach, i ci, co brną chlapiąc brudną ciecząpo betonie  ci, co drzemią po szynkach, albo bezsennie, do pękaniamocnej czaszki, pracują  pan posterunkowy powstaje.Kiedy psa żalwygonić w noc okrutną, bo deszcz tnie, wicher wyje, ziąb, szaruga oto się skrada w nocy, żeby zakołatać we drzwi zbója, co już stu nie-winnych położył  o czym nikt nie wie.Każe mu tam drzwi otworzyć!A tamten nie śpi.Czeka.Podnoszą wraz krótkie lufy i obadwaj patrząsię w ciemność śmiertelnymi luf jamami.Któryż pierwszy pochwycisposobną sekundę?NASK IFP UG Ze zbiorów  Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG232Któryż którego wezmie na muchę? Któryż którego ubiegnie? Pięćkroków w prawo. Zwrot. Pięć kroków w lewo.Ach, panie posterunkowy, ach, panie posterunkowy, czemuż maszsmutną twarz? Masz przecie prawo prądem elektrycznym doświadczać,masz prawo wkładać ołówki między palce, a potem je ściskać maszyn-ką.Na tobie stoi, na tobie polega ten cały oto wirujący świat.Gdybynie ty, spokojny i uważny, skoczyliby sobie do gardzieli i skłębiliby sięw jedno wężowisko żądz.Zdarliby ze siebie nawzajem nie tylko szma-ty i bieliznę, ale wyłupiliby sobie oczy nawzajem i z dygocącychwnętrzności wyszarpaliby żywą duszę, żeby ją w tym oto błocie ulicynogami rozdeptać [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum