[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.I znowu z mroku wynurzał się koń-górnik, odwra-cał swe smutne, stęsknione, beznadziejne oczy, jakby mu był wstręt-ny widok człowieka i ginął w wiecznym grobie.W pewnej chwili Judym usłyszał przed sobą w ciemnościachrozmowę, a raczej monolog.Ktoś mówił dobitnym głosem:- Fuks, mówię, nie zwalone!Chwilę trwało milczenie i znowu odzywał się ten sam głos z po-dwójną natarczywością:321 Stefan %7łeromski- Nie zwalone, Fuks! K i e j nie zwalone, to nie zwalone.Korzecki pociągnął Judyma do ściany i szeptem objaśnił, co toznaczy:- Czasami koła jednego z wózków, sczepionych między sobą,z szyn wyskoczą.Wówczas koń, imieniem Fuks, staje, gdyż niema siły uciągnąć, a zresztą i następne wózki zaraz się wykolejają.Poganiacz musi nadnieść i wstawić wózek w szyny.Gdy to uczyni,woła na konia, że już tę robotę wykonał.Ale nieraz przyczepi muo jeden wózek za wiele i wówczas koń również staje sądząc, że toskutek wykolejenia.Poganiacz zapewnia go krzykiem, że  nie zwa-lone , ale koń, pociągnąwszy z lekka, nie rusza się z miejsca, gdyżczuje ciężar większy niż należy.Wówczas furman musi go przekonać:idzie wzdłuż wózków aż na sam ich koniec i stamtąd dopiero jeszczeraz uroczyście krzyczy swoje:  Fuks, nie zwalone! Natenczas bied-ny koń godzi się z myślą, że go wyzyskują, zbiera siły i wlecze dalejw ciemności swoją dolę.Może nawet przychodzi do świadomości,co to jest, może nawet po cichu wzdycha albo ściska zębce, ale przy-stać musi na taki układ, bo gdyby marzył albo usiłował protestowaćza pomocą, dajmy na to, stania, toby mu poganiacz batem grzbietw y ł o i ł i na tym skończyłoby się polepszenie stosunków.- No, ale wy powinniście tego zabronić.- rzekł Judym.Inżynier podniósł wyżej swą lampę i rzekł z maltretującym,szyderczym uśmiechem:- A, ja zabraniam, surowo zabraniam.Po chwili rzekł jeszcze:- Ja zabraniam, zabraniam z całej duszy, ale już nie mam siły.322 Ludzie BezdomniPIELGRZYMKtóregoś z dni następnych Judym w towarzystwie Korzeckiegoudał się do samego Kalinowicza.Była to chytra machinacja, istnakonstrukcja inżynierska przedsięwzięta w celu zapoznania sięz figurą decydującą.- Któż jest Kalinowicz? - pytał Judym zmierzając ulicą, któraprowadziła do mieszkania jednej z potęg Zagłębia.- Tego nie wiedzieć! Takich rzeczy elementarnych nie wiedzieć!No, rozumie się, że inżynier, ale wielki.- To dopiero.Dlaczegóż dziś koniecznie mamy iść do niego!- Dlatego, że tak rozkazuje chytrość tudzież przebiegłość.- Zanosi się na burzę.Jest parno jak w piekle mówił Judym.Po chwili dodał:- Wolałbym dostać batem od ciotki Pelagii, niż iść dzisiajz tą wizytą.- Idzcie, będzie burza - mówił Korzecki rozglądając się po okolicy.Stali na wzniesieniu.W głębi leżało miasto.Były to szeregi do-mów jednakowych, czarnych, zadymionych.W małej stosunkowoodległości z wielkich pieców wybuchały ognie jak z krateru wulka-nów.Wicher porywał ich płaty, jakby je od masy udzierał i chciałcisnąć na miasto.Drzewa zasypane kurzem i dymem wyglądały niby robotnicy.Zieloność murawy była obleczona żałobnym pokrowcem.Za lasami i łańcuchem wzgórz rozciągała się na horyzonciestalowa chmura z ciemnymi w sobie dołami.Szła wolno.Leciałod niej zimny wicher.W pewnych sekundach przycichał.Zdawało323 Stefan %7łeromskisię, że łazi około murów, snuje się pod płotem, zagląda do ściekówi siada na drzewach drżących wierzchołkami niespokojnie i w bo-jazni.Czasami pędził w cwał środkiem bezludnych ulic z hukiemi gwizdaniem, jak najezdnicza awangarda wojsk, które z dala ciąg-ną.Naokół widać było kominy i kominy.Waliły się z nich pochyłedymy szarpane przez wicher.Z wyschłych bajor, zalegających całą długość i szerokość ulic,zrywały się co chwila góry śniadego kurzu, mknęły ponad domy,ponad dziwaczne retorty fabryk i ciskały się z wysoka na mieszka-nia ludzkie.Te latające błota zasłaniały co chwila miasto smutne dlaoczu, dziwaczne, nieprawidłowe i zimne jak geszeft pieniężny.Za nim na pewnej wyniosłości stał w cienistym ogrodzie  pałacdyrektora.Gdy wchodzili po wąskich schodach wysłanych dywa-nem, Korzecki przesadnie idąc z boku, żeby zaś nie nastąpić na tenchodnik, mówił półgłosem:- Teraz zbierzcie wszystkie siły, albowiem nadszedł czas próby.Wprowadzeni przez lokaja do mieszkania, znalezli się w salo-nie, którego okna wychodziły na miasto.Miękki, puszysty dywantłumił echo ich kroków Rolki krzeseł wyściełanych atłasem ginęływ nim zupełnie i toczyły się bez szelestu.Na ścianach wsiały obrazyi sztychy w ramach niesłychanie szerokich i  bajecznie ozdobnych [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum