[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Judymamdłości ogarniały na samą myśl, że ta zabawka towarzyska trwać bęóie na przestrze-Natura, Wieśni pięciu mil, ze wzmianek bowiem matki Dyzia okazywało się, że jadą do Cisów.Alewkrótce za miastem doznał pociechy, gdy mu prosto w twarz wionął oddech wilgot-ny, lecący z niedocieczonego przestworza, z pól, z lasów.Role po długich deszczachrozmiękłe, porznięte brunatnymi smugami bruzd mokrych, już tu i ówóie jaśniałyszarożółtą barwą wysychając w miejscach wzniesionych.Nad nimi kurzył się lekki,siwy opar.Niwki ozimin snuły się wzdłuż i w poprzek cudną barwą swoją, któraw oddali mieniła się rozmaicie, to zielono, to niebieskawo, jak kolor piórek na szyipawia.Wysoko stały białe obłoki jakby zaspy śniegów spiętrzonych, pomalowaneślicznymi cieniami.W głębi ich skrzydeł rozlegał się istny chór skowronków.Nadjasną runią pastwisk magały się czajki, co chwila wydając okrzyk swój wesoły.Konie rwały ostrego kłusa i spod kół zaczęły się rozlatywać bryzgi tężejącego bło-ta.Wiatr przeszkaóał mówieniu, toteż  konwersacja stawała się cokolwiek mniejdokuczliwą.Judym tonął oczyma w nowym pejzażu.Był on dla niego nowym praw-óiwie.Wsi, a raczej ziemi, gleby, przestworu w tej porze roku doktor nigdy jeszczenie wióiał.Buóił się w nim święty instynkt praczłowieczy, mglista namiętność doroli, do siewu i pielęgnowania zboża.Uczucia jego rozproszyły się i błąkały w tych sze-Dom, Miasto, Wieśrokich widokach.Tam pod lasem, który dopiero zaczęły barwić liście, wśród wzgórzaotoczonego drzewami leży miejsce na dom.Olchy i sokory jeszcze są czarne.Tylkowysmukła, strzelista brzoza okryła się już cienką mgłą liści tak szczelnie, że nagie prę-ty już się ukryły.Dokoła pniów uśmiechają się bladoniebieskie przylaszczki.Oboklasu ciągnie się wąska dolina, a środkiem niej przepływa strumień.Jakiś człowiekióie po zboczu górki, schyla się, coś tam robi, nad czymś pracuje, coś saói czysieje& Szczęść ci Boże, człowieku& Niech się stokrotnie uroói twe ziarno&   myśliJudym i zatapia oczy w tym miejscu, jakby było domem jego roóinnym.Ale otostaje mu w oczach inny dom: suterena, wilgotny grób, pełen śmieróącej pary.Ojciecwiecznie p3any, matka wiecznie chora.Zepsucie, nęóa i śmierć& Co oni tam robili,czemuż mieszkali w jamie poóiemnej, umyślnie zbudowanej na to, żeby hodowaćw ciele choroby, a w sercu nienawiść do świata?&I znowu pieści się z oczyma to wzgórze uśmiechnięte do słońca&Powóz m3ał wioski, karczmy, lasy, rozdroża i mknął gościńcem błotnistym.Słu- iecko, Obyczaje,Przemocpy wiorstowe dość często nasuwały się przed oczy i upalono już ze dwie mile drogi,kiedy Dyzio dał znak życia.Do tej chwili pogrążony był w pewien roóaj somnambu-lizmuy u.Sieóiał zmartwiały jak bryła soli, wyłupionymi oczyma woóąc po rowach.Właśnie Judym tłumaczył matce coś interesującego, gdy uczuł, że go malec zaczynałechtać po łydkach.W pierwszej chwili sąóił, że mu się zdaje, ale wkrótce, rzuciw-szy okiem, zobaczył na obliczu łobuza znamię chytrości i wywieszony język, którymten pomagał sobie niejako w procedurze łechtania.Dyzio wsuwał rękę mięóy no-gawicę spodni Judyma i cholewkę jego kamaszka, odchylał skarpetkę i woóił pogołej skórze długą, ostrą słomą.Judym nie zwracał na to uwagi, w naóiei że maniapsotnicza ominie małego towarzysza drogi.Stało się przeciwnie.Dyzio wynalazł pody u omn mbu izm  przypadłość chorobowa: poruszanie się i wykonywanie czynności w głębokimuśpieniu, stan ten nie pozostawia po przebuóeniu śladów w świadomości.Luóie bezdomni om ie z 56 sieóeniem jakiś zabłąkany długi, ostry badyl i tym sięgał aż do kolana.I to mu niewystarczyło: wyskubywał nitki ze skarpetek, usiłował zdjąć kamasz, zaw3ał inekspry-mable, dopóki się dało itd.Poczęło to wreszcie doktora drażnić.Odsunął szorstkimruchem rękę łobuza raz, drugi, trzeci.Wszystko na nic.Język, wywieszony na bok,coraz baróiej wskazywał, że gotują się nowe eksperymenty.I rzeczywiście: Dyziozaczął zbierać dłonią duże i lepkie bryzgi błota, które osiadały na wachlarzu powo-zowym, lepił z nich wielką pigułę i pakował na gołe ciało za cholewkę doktorskiegokamaszka.Judym wyrzucił pierwszą taką bryłę.Gdy malec ulepił drugą i wpakowałją znowu, odepchnął go mocniej, a gdy wreszcie po raz trzeci przygotowywał się dotejże czynności, rzekł do niego: Słuchaj, jeżeli się zaraz nie ustatkujesz, to ci zerżnę skórę.Chłopak uśmiechnął się zjadliwie, zebrał ręką nową garść błota i rozpostarł jena obnażonej noóe.Wtedy Judym kazał furmanowi stanąć.Skoro tylko powóz sięwstrzymał, otwarł drzwiczki, jednym zamachem skoczył na ziemię i wyciągnął zesobą Dyzia.Tam ujął go za kark lewą ręką, przechylił w sposób właściwy na kolaniei wysypał mu prawą około trzyóiestu klapsów spod ciemnej gwiazdy.W trakcie tejoperacji słyszał rozóierający krzyk damy, czuł szarpanie za rękawy, nawet drapaniepaznokciami, ale nie zwracał uwagi.Matka nieszczęsnego skazańca zerwała Judymowikapelusz z głowy, rzuciła go w pole i wrzeszczała jak obłąkana.Gdy doktora dłońzabolała od razów, wrzucił chłopaka na sieóenie powozu, wyciągnął swoją walizkę,wziął ją w rękę i kazał jechać. Proszę pana doktora, jakże to jechać?  rzekł furman  jakże jechać? Niech-że pan doktór wsiada. Nie wsiądę! Jedz do Cisów z tą panią.Ja idę piechotą&Furman zaasował się i zmartwił.Patrzył to na Judyma, to na damę. Jedz, kpie, kiedy ci mówię!  krzyknął doktor w pasji.Woznica wahał się jeszcze i mruczał: Pan administrator kazał mi jechać po nowego doktora.Jakże tu?& Aadnie totak, żeby& Ij& u Boga Ojca&Ruszył ramionami i stanął. Jedz, do licha! To choć niech pan doktór wsiąóie na kozieł! Nie wsiądę! Słyszałeś? Słyszałem.Ale żeby na mnie nie było.Splunął na bok, podciął z lekka konie i ruszył noga za nogą.Jeszcze obejrzał sięi zobaczył Judyma idącego z walizą w ręku brzegiem drogi.Wtedy ruszył pręóeji powóz oddalać się zaczął.Doktor maszerował z ciężarem swoim sapiąc potężnie i klnąc na czym świat stoi.Otwierała mu się przed oczyma najgłupsza pod słońcem sytuacja, ale nie chciał się jużcofnąć.Nie był w stanie przywołać furmana i zmienić tonu oświadczenia.Jak na złośćnigóie nie było widać ani wsi, ani luói.Góieś daleko zza pochyłego garbu wzgórza,z jakiegoś widocznie rozdołu, wznosiły się nikłe, śniade słupy dymów.Doktor szedłw tamtą stronę suchą mieóą wśród pól rozoranych.Rzeczywiście ujrzał z wyniosłościdużą wieś w nizinie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum