[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.44 Pan Majewski nie ukazywał się w takich razach na podwórzu z zasady, gdyż nie mógłznieść przezwisk wykrzykiwanych tak głośno i tak bezkarnie.Tym sposobem bitwa, której władza nie była w stanie przerwać, trwała zazwyczaj w ciągucałej dużej pauzy.Dopiero na odgłos dzwonka zwycięzcy i zwyciężeni wracali do klasy,okryci chlubnymi sińcami, na dwie ostatnie godziny lekcyj.Marcinek był dzielnym  Persem i dostał pewnego razu taki postrzał w okolicy piątegożebra, że blisko przez dwa tygodnie nie mógł leżeć na prawym boku.Po jednej z takich kampanij wrócił do klasy zmęczony i nie przypominał sobie nawet do-kładnie, jaka lekcja ma nastąpić.Siedział w czwartej ławie pod oknem, przy Gumowiczu,dużym chłopcu, z włosami tak czarnymi, że miały odcień fioletowy.Ten Gumowicz był synem akuszerki, kobiety bardzo biednej, ogromnie energicznej i krzy-kliwej.Mama Gumowiczowa zjawiała się czasami na dolnym korytarzu, rozmawiała z księ-dzem Wargulskim i panem Majewskim, wypytywała się o stopnie i sprawowanie swegoRomcia, który już drugi rok siedział w klasie wstępnej, a nieraz wobec wszystkiego tłumugroziła mu pięścią.Jak wieść niosła, po każdej takiej bytności pani Gumowiczowej w gmachuszkolnym Romcio brał w domu ciężkie lanie, czyli  wały.Pan Majewski wzywał go często do katedry, wytykał mu jego wady, próżniactwo, niedołę-stwo, osłostwo, wspominał o biedzie i procederze starej matki, o niskim jego pochodzeniu iwystawiał go na urągowisko.Wszyscy w klasie, nie wyłączając nauczyciela, chichotali, gdypucułowaty Romcio stawał przy tablicy.Miał on zawsze kajety w porządku, wiedział najle-piej, jaki rozdział przeznaczony jest do opowiadania, i umiał doskonale zadane, ale czytał takgdaczącym głosem, tak paradnie syczał, dmuchał i jęczał namyślając się przy dodawaniu, żekoniec końców dostawał zazwyczaj dwójkę.Tego dnia pan Majewski wyrwał Gumowicza do arytmetyki i podyktował mu dużą liczbę. Czarny drżał na całym ciele.Kilkakrotnie upuścił kredę i widocznie trudno mu było zebraćmyśli, gdyż pisał zupełnie inne cyfry.Po klasie przelatywał śmiech tłumiony.Zdolni chłopcyz pierwszych ławek, umiejący zawsze z pochlebstwem patrzeć w oczy nauczyciela i zgady-wać jego intencje, umyślnie zatykali sobie usta, żeby głośno nie parsknąć.Pan Majewskijeszcze dwa razy powtórzył długą liczbę, a gdy Gumowicz znowu napisał co innego, kazałmu iść na miejsce. Ty, Gumowicz, akurat tyle umiesz z arytmetyki, co pachciarska kobyła. rzucił mu napożegnanie.Te dwa ostatnie wyrazy pan Majewski wygłosił w brzmieniu polskim.Sprawiło to szalonyefekt.Malcy wszczęli okropny krzyk radości. Pachciarska kobyła! Oho-ho.Gumowicz  pachciarska kobyła!.Gumowicz usiadł na miejscu i po swojemu zwiesił głowę.Gdy się wesołość ogólna z roz-kazu nauczyciela uciszyła nieco  spojrzał na Marcinka bawiącego się nim również doskonalei zapytał go nieśmiało, cichym szeptem: Co mi postawił?Borowicz wysunął głowę i śledził uważnym okiem ruch dłoni nauczyciela.Dostrzegłszyznamienne pochylenie pióra szepnął z okrucieństwem: Pałę!Mały Gumowicz skurczył się dziwnie i tak został bez ruchu, zapatrzony w kajet z arytme-tyką.Marcinek przyglądał mu się i pokazywał go sąsiadom.Po chwili na długiej czarnej rzę-sie  pachciarskiej kobyły ukazała się jedna wielka łza, samotna łza, sygnał bezdennej rozpa-czy.Borowicz przestał się śmiać i ze zmarszczonym czołem wciąż patrzał na tę łzę błyszczą-cą.Pochłonęła ona jego uwagę, pamięć i jakby całą duszę.Pierwsze w życiu współczuciedrgnęło w jego piersi.45 6Z twardej szosy bryczka skręciła na uboczny gościniec, z gościńca na dróżkę, zajmującąmiędzy dziatkami chłopskimi szerokość nie większą od pospolitego wygonu.Słońce już sięskryło za grzbietem wzgórz, zostawiając po sobie tylko przecudną zorzę, w której kierunkubryczka zdążała i na którą zwrócone były oczy Marcinka i jego matki.Konie biegły miernegokłusa, wózek toczył się z wolna w głębokich kolejach drożyny.Po obudwu jej stronach stałyniwki żyta, na którym nie widać było jeszcze kłosów, stajenka wczesnych kartofli, mocnozielone smugi owsa i zagony lnu.W pobliżu czerniła się biedna wioska.Dalej na tle przejrzy-stego firmamentu widać było ciemne kształty łańcucha wzgórz porosłych jałowcem i brzezi-ną.Zdarzyło się, że w przeddzień uroczystości Zielonych Zwiątek wypadł pani Borowiczowejjakiś pilny interes w Klerykowie.Zawarta na początku roku szkolnego znajomość z panemMajewskim ułatwiła jej pozyskanie dla Marcinka na dwa dni świąteczne urlopu, wypisanegona urzędowym blankiecie z ogromną pieczęcią.I oto wiozła do Gawronek jedynaka jako nie-spodziankę dla ojca i całego folwarku.Radość obojga była tym większa, że ani matka, ani synnie spodziewali się tak pomyślnego załatwienia sprawy, gdyż rzadko kiedy dawano na teświęta urlopy.Gdy wózek polnymi dróżkami zjeżdżał z pochyłego przestworza i znalazł się uwejścia do rozdołu między dwoma wielkimi wzgórzami, noc już zapadała.Zbocza gór wzno-siły się stromo po prawej i lewej ręce, a wielkie ich garby niby kolana i stopy wysuwały się zmroku i rosły w oczach, gdy się ku nim zbliżano.Dolina była dość długa, a nie szeroka  w niektórych miejscach tak nawet wąska, że nadnie jej ledwo mogły zmieścić się obok siebie: strumień i droga.Na wiosnę i około świętegoJana potok przemieniał się w rzekę, w wielką, oszalałą rzekę, której wody dosięgały wysokorosnących brzóz na zboczach pagórków i zostawiały na jałowcach pokosy zmulonego siana,garście lnu i całe nieraz krzewy, z korzeniami wydarte na odległych górach.Toteż droga są-siadująca z tą burzliwą rzeczułką była, ściśle mówiąc, suchym łożyskiem potoku.Nikt jej tamnigdy nie naprawiał ani nie przeinaczał; była sama sobą, zmieniała się i kształtowała swobod-nie, posłuszna tylko prawom przyrody, zupełnie tak jak drzewa okoliczne, jak osypiska i wy-rwy.Były w niej kawałki z natury dobre, zupełnie gładkie, byty inne, zawalone sporymi bry-łami na dość znacznej przestrzeni, a były też i tak zwane dołki, istniejące tam od czasów je-żeli nie piastowskich, to na pewno zygmuntowskich.Kto nie umiał przez te dołki przejechać, ten nie przejechał.Aamał tam dyszel, oś, rozworę,wlatywał w błoto z głową i czapką albo zostawał w dołku z półkoszkami, a konie szły dalej zprzodkiem wozu.Na szczęście nie było w całej okolicy człowieka, który by nie miał  sposo-bu na szczęśliwe przebycie tych wyrw zdradliwych.W pewnym miejscu jechało się dośćdługo tym porządkiem, że przednie i poślednie koło z prawej strony szło blisko o jaki łokiećwyżej niż koła z lewej, ale ludzie tamtejsi nawykli do tego przymiotu drogi i nikt go tam na-wet nie spostrzegał.Nad wodą rosły zwarte olszyny i przysłaniały zakręty rzeczne.Gdzie-niegdzie stały kępami duże, smutne wierzby o długich gałązkach i wąskich liściach.Koniewlokły się noga za nogą po kamienistym szlaku i były w pierwszym dopiero skręcie doliny,gdy na górę wszedł księżyc.Białe światło z wolna rozpadło się w dole, na zboczach gór i powąwozach.Widać było spiczaste jałowce pod samymi szczytami i brzózki o listkach srebrzy-ście lśniących, kołyszące się od wietrzyków.Na dalekiej przestrzeni bieliły się kamienierzecznego łożyska.Tu i ówdzie poza cieniem krzewów lśniły się między kamieniami ruchli-we, maleńkie fale i wodospady płytkiego w tej porze strumienia, który jak żywa istota cośszeptał w głębokiej ciszy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum