[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Lecz przed nastaniempółnocy niemal wszyscy znikali.Wówczas zjawiali się interesanci.Pierwsi z nich przyjeżdżali taksówkami - nigdy prywatnymi samochodami - międzypółnocą a pierwszą nad ranem.Wysiadali na obrzeżach placu albo pod drzwiami prywat-nych klubów i zostawali kilka minut albo kilka godzin, by potem wrócić do taksówek,które odwoziły ich czym prędzej do czystego świata.Tam uwalniali się od ciężaru grzesz-nej nocy.Do chwili, gdy znów tu powracali.Najważniejsza klientela przybywała dopiero po trzeciej nad ranem, tuż przed świtem.Długie limuzyny, srebrne albo czarne, stały cierpliwie w ogonku, by podjechać podtylne drzwi prywatnych klubów.Ich bogaci i wszechwładni pasażerowie poszukiwaliwyrafinowanych, zakazanych rozkoszy, za które byli gotowi zapłacić krocie.To z myślą o nich stworzono diabelski plac zabaw.Dostawali wszystko, czego zapra-gnęli, wszystko, co mogli sobie wyobrazić.Jeśli tylko odpowiednio płacili, ma się rozu-mieć.Nikt się nie przejmował moralnością.Zawsze płacili.Po drugiej stronie wejścia na diabelski plac stał jakiś człowiek.Z papierosa, któregotrzymał, pozostał już tylko niedopałek.Mężczyzna patrzył na cały ten chaos, wrzawę,słuchał dzwięków i wdychał delikatny zapach seksu, który unosił się wkoło i mieszał zduszącymi wyziewami.Zaciągnął się głęboko - rozżarzony czubek dotknął palców.Zapach nocy wzbogaciłsię o woń spalonej skóry.Lecz mężczyzna nawet nie drgnął.Zaciągnął się ponownie, a wtedy niedopałek zgasł w palcach.Odrzucił niedbale peta,po czym wyciągnął nowego papierosa i zapalił.Podnosząc kołnierz, by osłonić się przedopadającą mgłą i wzrokiem przypadkowych przechodniów, przeszedł na drugą stronęulicy. Większość turystów już odjechała.Ulica, wciąż zakorkowana, ale coraz luzniej sza,przeobrażała się szybko i cichła, czekając na nową falę przybyszów.Dziewczęta, nadalwzględnie świeże i pełne energii, wołały do niego po niemiecku.- Hej, kotku!- Mam to, czego chcesz, olbrzymie!- Wszystko dla ciebie.- Mogę ci pokazać świadectwo zdrowia.Zabawimy się, chłopczyku!Nie zwracał na nie uwagi.Na dziewczęta w krótkich spódniczkach, które niczego niezakrywały, na rozsunięte nogi, przezroczyste bluzki, oznaki cielesnego pożądania.Nieinteresowało go nic, co stanowiło nieodłączną część wędrówki po Sigerson.100 Szedł przed siebie, nie zwracając uwagi na małych chłopców w obcisłych dżinsach isiatkowych podkoszulkach.Ani na starszych, ubranych w skóry, na nastolatków płci ob-ojga, transwestytów, żałośnie podstarzałych dwudziestolatków, zalegających wejścia dohoteli.Za następną przecznicą zaczynały się kluby.Muzyka była tu znacznie cichsza.Prostytutki wyglądały czyściej i były mniej agre-sywne.Portierzy namawiali go do obejrzenia  najlepszego pokazu w mieście albo  wi-dowiska, którego nie da się opisać słowami , prosili też, by poinformował kierownictwo,jeśli cierpi na chorobę serca  Nasz show może przyprawić o zawał!Mężczyzna, nie rzuciwszy nawet okiem na te atrakcje, ruszył dalej.Ku ostatniej prze-cznicy diabelskiego placu.Tutaj chodniki były niemal opustoszałe.Portierzy w liberii kiwali mu głową albouchylali czapki.Okolica wydawała się czystsza, spokojniejsza i w jakiś nieokreślonysposób grozna.Zatrzymał się przy numerze 37 i pokonał szybko pięć schodków.Portier bez słowaotworzył mu drzwi.Przedpokój był elegancko umeblowany i świadczył o zamożności tego miejsca.Naparkiecie leżał gruby, czarno-złoty perski dywan, ściany zaś pokrywał wzorzysty adama-szek, w tych samych kolorach.Głęboka francuska sofa z mahoniu współgrała z kontua-rem, również mahoniowym, który znajdował się na końcu pomieszczenia.Podszedł do starszego mężczyzny w garniturze, stojącego za kontuarem.- Nazywam się Ghislain.W czym mogę pomóc? - spytał tamten po niemiecku.Gość podał mu kartę członkowską.Ghislain, wyciągnął laptopa i wystukał na klawiaturze kod.W chwilę pózniej z ukło-nem zwrócił kartę.- Serdecznie witamy, sir.Czy mogę zająć się pańskim płaszczem? - zwrócił się doprzybyłego tym razem po angielsku.Mężczyzna zdjął płaszcz i szalik.Ghislain zniknął z rzeczami w pokój u obok, by pojawić się minutę pózniej z kartą wbladoniebieskim kolorze.- Czy mogę przyjąć zamówienie?Mężczyzna, wziął kartę i zaczął przesuwać po niej palcem.Wskazał kilka pozycji. Ghislain skrzywił usta w zawodowym uśmiechu.- Niezwykle trafny wybór, sir.Duża sala?- Nie dziś - odparł cicho mężczyzna.- Może więc salon?Mężczyzna skinął głową.Ghislain umieścił kartę w pojemniku, który wsunął do wlotu poczty pneumatycznej.Nacisnął guzik, a wtedy drzwi po lewej stronie kontuaru otworzyły się bezgłośnie.Kiedy mężczyzna ruszył w tamtą stronę, Ghislain zawołał za nim:- Miło nam, że znów nas pan odwiedził, sir.Dawno pana nie widzieliśmy.Mężczyzna zamknął za sobą drzwi.101 Dyżurująca na górze pracownica klubu wyjęła z pojemnika bladoniebieską kartę.Zwróciła się do drugiej kobiety siedzącej w pokoju.- Blondynka, trzydzieści-czterdzieści pięć lat, profesjonalistka, klasa średnia, aro-gancka, nieśmiała, przyzwoita, ze znajomością angielskiego.- Popatrzyła na towarzyszkę.- Isa.Salon 24.Niska blondynka, która miała na sobie tylko wąskie, ledwie widoczne majteczki i ską-py stanik, wstała i podeszła do wieszaka z ubraniami.Zdjęła bieliznę i założyła podobną,tyle że czarną i koronkową.Szefowa podała jej kartę.Dziewczyna przeczytała ją, po czym wybrała klasyczną, sięgającą do kostek spódnicęi zwykłą sportową bluzkę.Zebrała włosy z tyłu głowy i związała je kawałkiem czerwonejtasiemki.Szefowa wręczyła jej małą kameę, którą dziewczyna zawiesiła na wysokościgórnego guzika bluzki, po czym ruszyła do drzwi.Dwie minuty pózniej, stojąc przed salonem 24, wzięła głęboki oddech i zapukała.- Wejść - dobiegł ze środka głęboki, męski głos.Uśmiechnęła się najzwyczajniej w świecie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum