[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Wszystkie kobiety boją się przed pierwszym porodem, wiesz?Chciała móc powiedzieć, że nie było się czego bać, ale pomyślała, żewystarczy już kłamstw jak na jeden wieczór.Poród jest bardzo poważnąsprawą, również to, jak się na niego oczekuje.Sama była zbyt młoda, żebypamiętać śmierć matki, ale myśl o cierpieniach, jakie przechodziła dniami inocami, kiedy ze wszystkich sil walczyła, żeby dać życie swojemu małemudziecku - ta myśl nawiedzała ją we snach i na jawie, kiedy już dorosła naryle, żeby pojmować, co to ze sobą niosło.A teraz Solveig miała byćnarażona na to samo.Słowa Marie o chorobie nie dawały jej spokoju.CoMille ukrywała przed swoją córką? Czy w rodzinie Abeltorpów była jakaśdziedziczna choroba? Czy na siostrę miało spaść kolejne nieszczęście?RS 146Pochyliła się nad łóżkiem i łagodnie pogładziła wyrośnięty brzuchSolveig.Dziecko poruszyło się pod jej palcami.Johanna poczuła nagłąpotrzebę rozpłakania się.- Będę tutaj, żeby cię pilnować, razem z Anne-Marte.Obiecuję.- Na pewno? - wymruczała Solveig na wpół zasypiając.- Na pewno.Spij już.Posiedziała jeszcze chwilę obserwując piękną twarz siostry.Stopniowojej oddech wyrównywał się.Powieki już się nie poruszały.Solveig spała.Johanna wzięła światło i podniosła się po cichu.Nieczęsto zwracałatwarz do nieba ze złożonymi dłońmi, ale tego wieczoru chciała to zrobić.Siostra potrzebowała każdej możliwej pomocy.Może Bóg będzie bardziejłaskawy, jeśli zobaczy, że oszczędzała swoją modlitwę do czasu, kiedy byłanaprawdę niezbędna.Chciała tej nocy zanieść szczerą modlitwę za swojąsiostrę, pomyślała przełykając gulę w gardle.Z mocno zaciśniętymi ustamipodeszła do drzwi.Ale najpierw chciała otrzymać ostateczną odpowiedz odMille, nawet gdyby miała ją z niej wydrzeć przemocą.%7ładen dzwięk nie dochodził z sypialni Marie.Johanna nacisnęła klamkę iweszła.Nikogo.Poszła więc szybko do pokoju macochy.Tam też pusto.Szybko podeszła do schodów, podkręciła ogień w lampce.W korytarzupanował przeciąg, jakby ktoś właśnie wychodził z przedsionka.- Mille? Marie?Gjertrud stanęła w drzwiach kuchni.- Właśnie wyszły.- Wyszły? Teraz?Johanna pchnęła drzwi i wypadła na podwórze.Macocha i Marie właśniewspinały się na sanie, które przygotował Mons.- Gdzie się wybieracie? Uciekasz, Mille? Marie?- Muszę z nią jechać - powiedziała zmartwiona Marie.- Nie mogępozwolić, żeby jechała sama.Drzwi do starej chaty otworzyły się.Annar, Christian i lensman wyszlina werandę i patrzyli na kobiety w saniach.- Co się dzieje? - Głos Aschenberga był twardy.- Zaraz panu powiem lensmanie! Zostałam wygoniona z własnego domu- krzyknęła Mille.- Co za bzdura! - Johanna podbiegła do sań.- Musimy tylkoporozmawiać - powiedziała cicho.- Nie możesz sobie tak po prostuodjechać.- Mam dosyć, Johanno! Dosyć ciebie i twoich rozkazów, dosyć brakuszacunku.Teraz spełni się twoje życzenie i się mnie pozbędziesz!RS 26Johanna wpatrywała się w nią.- Nigdy nie miałam życzenia, żeby sięciebie pozbyć, Mille.Byłaś dla mnie jak matka, wiesz przecież o tym! - Jejgłos załamał się.- Chciałam tylko.Mamy prawo wiedzieć, co jest nie tak zdzieckiem, które nosi Solveig! Co w tym dziwnego?- Jakie to ma teraz znaczenie? - powiedziała Mille rozedrganym głosem.- Dziecka nie da się powstrzymać, czy jest zdrowe czy nie.Nie maznaczenia, co powiem.I dlatego.to nie ma sensu, Johanno! I ja.niewytrzymam już więcej! - Zaszlochała rozdzierająco i uniosła bat.- Przez tewszystkie lata.nie wytrzymam już tego!- Ale.Bat zaświszczał w powietrzu i koń szarpnął.Sanie sunęły na północ.Ostatnie, co zobaczyła Johanna, zanim zniknęły w mroku, była przerażonatwarz Marie pod futrzaną czapką.- Co się stało? - pojawił się przy niej Christian.Johanna drżała tak, żewosk kapał jej na dłonie. Nie wiem - odpowiedziała zrezygnowana.-Pokłóciłyśmy się jak zwykle - dodała gorzko.- Nie odjedzie daleko.Jutro pewnie tu wróci.W to ostatnie Johanna wątpiła.Coś jej mówiło, że ucieczka macochybyła poważną sprawą.Christian stał tak blisko, że czuła bijące od niego ciepło.- Wejdz do środka żeby się rozgrzać - powiedział.Mężczyzni siedzieli i grali w karry, zauważyła, kiedy weszła do pokojuChristiana.Dym z fajek unosił się pod sufitem, stołki i talia kart na stolemówiły same za siebie.Przyjęła kieliszek od Aschenberga i wypiła do dna.- Nie przejmuj się tak, Johanno.Na pewno były ku temu inne powody niżkłótnia z tobą.Coś w głosie Annara sprawiło, że przyjrzała mu się dokładniej.Zauważyła, że jego oczy były pozbawione wyrazu, a policzki czerwone.Johanna zacisnęła usta i powiodła wzrokiem od jednego do drugiego.Christian miał fioletowy uśmiech na ustach, a Aschenbergowi przymykałysię powieki.- Wy się tu upijacie? - nie mogła uwierzyć w to, co widzi.- Masz żonę,która lada moment będzie rodzić, Annar! Nie wolałbyś być przy niej? -powiedziała ostro.- A ty - skinęła na Christiana.- Ty jeszcze jesteś chory!Powinieneś już od dawna leżeć w łóżku!Christian czknął.Wciąż się uśmiechał.- Nie bądz taka surowa, Johanno.Mam się świetnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum