[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.-Ona po prostu źle się u nas czuje! Bo nie potrafisz jej za-pewnić poczucia bezpieczeństwa! Mam na myśli bezpie-czeństwo finansowe, a nie wymachiwanie bronią! Jeszczecię kiedyś zabiją i będzie nie tylko sierotą, ale i wdową!- Ja nie wymachuję bronią, mamo.Pracuję w.- Adamprzerwał i postanowił solennie nie odzywać się juŜ anisłowem.(Odcinek 312: Donna Henryka zatruwa Ŝycie swo-jemu młodszemu synowi, przypisując mu szereg bliŜej nie-określonych win, zapominając, Ŝe sama wypchnęła go szan-taŜem do policji, aby udowodnić męŜowi, Ŝe nie wycho-wała ciepłych kluch.)- Pewnie - fala słów znów uniosła panią Henrykę.-Ewunia popatrzyła na Roberta z Marysią, na Maciusia iprzykro jej się zrobiło! Organizmu nie oszukasz, a ona juŜnie jest dzierlatką! Serce jej się rwało do dzidziusia, widzia-łam to! JuŜ ona czuje wolę BoŜą!Adam głucho zaśmiał się w duchu.Jak Ŝywa stanęła muprzed oczami Ewa jako wcielenie macierzyństwa.Stałaprzed blokiem w ufajdanej śledziową sałatką nowej sukien-ce i syczała, Ŝe na Wielkanoc przyjdzie wyłącznie pod wa-runkiem, Ŝe podane zostanie pieczone dziecko, a konkret-nie Maciuś.W tych śledziach i w tej złości, w tej roli fał-158szywej narzeczonej wyglądała tak nieskończenie pięknie,Ŝe Adamowi odebrało dech.Po prostu podszedł i wziął jąw ramiona.Całowali się długo, zapadając w nieskończeniemiękką, pachnącą ciemność.AŜ wreszcie trafiła ich pecynaśniegu i jakiś gówniarz wrzasnął: „Zakochana para!” Ewawybuchnęła homeryckim śmiechem.Nastrój prysł.- Patrz, gdzie jedziesz tym wózkiem, Adam! I weź przy-kład z brata! Ma słuŜbowy samochód, spłacają z Maryniąmieszkanie, drugie dziecko w drodze.Czego męŜczyznamoŜe więcej chcieć?Adam mało się nie udławił.Nie dalej jak dwa tygodnietemu Robert rozkładał sobie karimatę na podłodze mikro-skopijnej kawalerki Adama.„Chciałbym umrzeć - mówił dobrata, a głos miał ponury, lecz stanowczy.- Po cichu, bezbólu - połoŜyć się i zasnąć.I więcej się nie obudzić.Toponad moje siły.Ta kretynka Maryśka ubzdurała sobie,Ŝe mam romans.Masz pojęcie? Kiedy ja go, do jasnej nie-spodziewanej, mam mieć, skoro tyram osiemnaście godzinna dobę? A pozostałe sześć uŜeram się z Ŝoną, dzieckiemi wiecznie psującym się mikserem, ślubnym prezentem odnaszej kochanej mamusi?”Podobnie jak teraz, tak i wtedy Adam powstrzymał sięod komentarza.Opatrzność go nagrodziła.Pani Henrycezabrakło tchu i na chwilę zamilkła.***- Nie mam szczęścia do policjantów, kocie - Ewę prze-pełniało poczucie winy.- Niech sierścią porosnę, jeśliAdam uwierzył choćby w jedno moje słowo.Co, chceszpowiedzieć, Ŝe specjalnie wybrałam taką nędzną wymów-kę? Nie majtaj ironicznie ogonem, spójrz na mnie, jak dociebie mówię! - BłaŜej posłusznie zawinął kółeczko nakuchennym stole.- Widzisz, ja chyba rzeczywiście chcia-łam, Ŝeby on podejrzewał, Ŝe robię go w balona.- Ewa159poczochrała kotu czółko.- Inaczej by mi współczuł, zapro-ponował, Ŝe się mną zaopiekuje i w ogóle.I to by byłojeszcze gorsze.Ja mu tyle zawdzięczam, a traktuję gookropnie.- Znowu gadasz z BłaŜejem? - do kuchni wkroczyła Mal-wina i skierowała się chwiejnie w stronę czajnika.- Czekaj,on kiedyś opublikuje wspomnienia i twoja kariera legniew gruzach! Psik ze stołu, panie Hemingway!Malwina wyglądała tego przedpołudnia niezwykle ma-lowniczo.Miała na sobie jedwabne spodnie od piŜamywpuszczone w grube, narciarskie skarpety.Stopy, jakimścudem, wcisnęła w delikatne złote japonki.Spod jej włas-nego róŜowego szlafroka wyglądała kraciasta flanelowa ko-szula słuŜąca za szlafrok Ewie.Ramiona Malwiny okrywałanaszywana cekinami cygańska chusta, na co dzień pełniącąrolę serwety.Całości dopełniała fryzura - spory węzeł roz-czochranych włosów przebity ołówkiem z gumką.- Widzę, Ŝe wcielasz w Ŝycie dobre rady z WysokichObciachów.Fuzion, czyli miksowanie - cięta riposta raczejEwie nie wyszła.- Marny dowcip - prychnęła Malwina.- Nie mam czasuna czytanie gazet, poniewaŜ w poniedziałek zdaję egzaminpołówkowy z prawa karnego.Całą noc zakuwałam - prze-ciągnęła z trzaskiem ramiona.- A ty co? Wrócisz kiedyśtrzeźwa do domu?- O, wypraszam sobie.Wczoraj byłam jedynie niecowzburzona.- Taaa, słyszałam.A co znowu zrobiłaś temu biednemuAdamowi?- Ej, to dłuŜsza historia.- No to ją streść, a ja w tym czasie zrobię sobie kawusi.- Nie, ja ci zrobię, a i sama się napiję.- Ewa zakrzątnęłasię w okolicach słoika z kawą.- Chryste! Od wczoraj ubyłachyba połowa!160- No wiesz, klasyka.Podobno ilość wchłoniętej wiedzyrośnie wprost proporcjonalnie do ilości wypitej kawy - Mal-wina rozdzierająco ziewnęła.- Niestety, na mnie kawa juŜwłaściwie nie działa.Mów, co ci się znowu przydarzyło.MoŜe to mnie oŜywi.- No więc to się wiąŜe z tą Jolą, pamiętasz? Dowiedzia-łam się, Ŝe była w Warszawie w czasie, gdy pan Gagosianrzekomo hołubił ją w Amsterdamie.- Ciekawe.I co?- Postanowiłam pogadać z właścicielem tej całej agencjiturystycznej.Poszłam tam, a BoŜenka, koleŜanka z pracy,robiła za moją obstawę.Wiesz, pomyślałam, Ŝe to biuromoŜe być przykrywką dla handlu kobietami.Ale to juŜ nie-aktualne.Właścicielką jest kobieta, ekstrababka, mówię ci.Przejmuje właśnie ten interes po męŜu.Cokolwiek się tamdziało, to juŜ historia.Poszłyśmy do knajpki i troszkę sięzagadałyśmy, a w tym czasie ta narwana BoŜena zatrzy-mała patrol i narobiła rabanu, Ŝe mnie porwano.No i za-ciągnęła tych gliniarzy na piętro, a tam ekipa remontowamówi, Ŝe wyszłam razem z szefową do restauracji.A Bo-Ŝenka, Ŝe uwierzy, jak zobaczy, i wlecze mundurowychdwie przecznice dalej, po czym we trójkę robią nalot nawłoską trattorię.WyobraŜasz sobie? Nieźle byli wkurzeni,dopiero Nina ich ułagodziła.A ja musiałam uspokoić Bo-Ŝenkę.Zaprosiłam ją na przepraszalnego drinka, ale onamusiała juŜ jechać do męŜa i dzieci.Dlatego umówiłyśmysię na dziś.A ja na śmierć zapomniałam, Ŝe to dzień, kiedymiałam znowu grać narzeczoną przed rodzicami Adama!Wystawiłam go okropnie, gdyby wiedział, Ŝe idę do knajpy,udusiłby mnie gołymi rękami.Ale wiesz co? Dalej nie wiem,co zrobić w sprawie Joli! A wygląda na to, Ŝe Monia miałarację i Gagosian kłamie! Jak myślisz, co mam robić? - od-wróciła się do Malwiny z dwoma parującymi kubkami wręku.Przyjaciółka spała na stole.161„I to ma być doradca?” - Ewa pokręciła z dezaprobatągłową.Chwilę pomyślała i chwyciła za słuchawkę telefonu.Elwira z rozkoszą wciągnęła w nozdrza zapach świeŜozaparzonej kawy, który wypełnił bez reszty przytulną kuch-nię Marianny.Ujęła w dwa palce filiŜaneczkę i upiła łyk,czekając, aŜ córka zakończy rozmowę telefoniczną.Jednymuchem łowiła strzępki jej słów.- Hm.Nie pomyliło ci się przypadkiem? Albo tej twojejkoleŜance? - mówiła Marianna, machinalnie wyrównującdoniczki z ziołami na kuchennym parapecie.- Ale nie mo-Ŝesz tego wykluczyć, prawda?.Wiesz, ja osobiście darzęgo bezgranicznym zaufaniem [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum