[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zsunął się z konia i poszedł na pobocze, pomstując na kiepski alkohol.Popatrzył szybkodokoła i zagłębił się w las, okrążając miejsce, w którym musieli siedzieć ludzie trzymający linę.Przez chwilę nic się nie działo, a potem cichy gwizd, jakby głos ptaka dał znać młodzieńcom, żemogą przyjść.Przedarli się przez zarośla i zobaczyli Freize a siedzącego okrakiem na piersiprzerażonego mężczyzny.Freize zasłaniał mu wielką łapą usta, a przy jego gardle trzymał potężnysztylet z rogową rękojeścią.Więzień spojrzał na Lucę i brata Piotra, ale nawet nie drgnął. Strażnik  powiedział cicho Freize. Usnął, biedaczek.Ale gdzieś blisko znajduje siębanda rzezimieszków. Pochylił się do mężczyzny, który z trudem łapał powietrze, przygniecionyjego ciężarem. Gdzie pozostali?Więzień spojrzał w las po prawej. Ilu? Mrugnij, kiedy powiem.Dziesięciu? Nie? Ośmiu? Nie? Więc pięciu?  Spojrzał naLucę. Pięciu bandytów.Może zostawimy ich w spokoju? Nie ma sensu szukać teraz kłopotów. Czym się zajmują?  spytał Luca. Kradzieżą  powiedział cicho brat Piotr. Czasami porywają ludzi i sprzedają ichOsmanom na galery. Niekoniecznie  przerwał mu szybko Freize.Aypnął na brata Piotra, jakby chciał gouciszyć. Może po prostu kłusują.Kłusownicy i złodziejaszki.Nie robią wielkiej szkody.Niemusimy się w to mieszać. Porywacze?  spytał zaniepokojony Luca. Niekoniecznie  powtórzył Freize. Pewnie tylko kłusownicy.Ale było za pózno.Luca nie zamierzał pozwalać, by kogokolwiek sprzedano osmańskimpiratom. Zakneblować go i związać!  rozkazał. Sprawdzimy, czy nie mają jakiegoś więznia.Rozejrzał się po polanie; w las prowadziła z niej ledwie widoczna ścieżka.Zaczekał, ażmężczyzna zostanie zakneblowany i przywiązany do drzewa, po czym poprowadził swychtowarzyszy, trzymając miecz w jednej i sztylet w drugiej ręce.Freize szedł tuż za nim, a brat Piotrzamykał pochód. Moglibyśmy też pojechać swoją drogą  odezwał się Freize gorączkowym szeptem. Czemu to robimy?  szepnął brat Piotr. Z powodu jego rodziców. Freize wskazał Lucę. Zostali porwani i sprzedani naosmańskie galery.Pewnie nie żyją.Dla niego to sprawa osobista.Przez chwilę miałem nadzieję, żepojmiesz moją aluzję i zamkniesz gębę, ale gdzie tam&Ledwie wyczuwalny zapach dymu powiadomił wędrowców o bliskości obozowiska.Lucazatrzymał się i spojrzał przez drzewa.Pięciu mężczyzn spało wokół zgaszonego ogniska, głośnochrapiąc.Parę pustych bukłaków i zwęglone kości skradzionej owcy świadczyły, że rozbójnicydobrze popili i pojedli przed snem.Z boku, związane i odwrócone do siebie plecami, siedziały dwie postacie w opończach z kapturami.Mając nadzieję, że gromkie chrapanie zagłuszy wszelkie hałasy, Luca posłał Freize a pokonie.Ten, cicho jak kot, przeszedł wzdłuż szeregu przywiązanych wierzchowców, wybrał dwanajlepsze, a resztę uwolnił. Ostrożnie  szepnął do nich. Czekajcie na mój znak.Brat Piotr przemknął się z powrotem na drogę.Ich trzy konie i osioł czekały przywiązane dodrzewa.Wsiadł na swojego wierzchowca i wziął wodze pozostałych, gotowy do szybkiej ucieczki.Jasne poranne słonce rzucało ciemne cienie.Brat Piotr pomodlił się krótko, lecz gorąco, żeby Lucauratował więzniów  czy też zrobił to, co zamierzał  i czym prędzej stąd odjechał.W tychodludnych okolicach bandyci byli ciągłym zagrożeniem, a walka z nimi nie była obowiązkiem Lukiani jego towarzyszy.Generał zakonu nie podziękuje Piotrowi, jeśli Luca, tak utalentowany, zginiew potyczce.Tymczasem na polanie Luca zaczekał, aż Freize zajmie się końmi, po czym wyjął mieczz pochwy i przekradł się przez zarośla do więzniów, skrępowanych razem i przywiązanych dodrzewa.Przeciął linę łączącą ich z pniem, a wtedy obie osłonięte kapturami głowy uniosły sięjednocześnie.Luca położył palec na ustach.W milczeniu, szybko, więzniowie przysunęli się doniego, rozciągając więzy, żeby mógł łatwiej przeciąć liny na ich nadgarstkach.Potem sięgnął do ichspętanych kostek.Pochylił się do jednego z więzniów i szepnął: Możesz wstać? Możesz iść?W tej samej chwili obudziło się w nim jakieś wspomnienie, jakby ktoś go stuknął w ramię i zrozumiał, że zna tę osobę.Dobiegł go zapach wody różanej, a spod kaptura wysunęła się falazłotych włosów.Była ksieni uśmiechnęła się i szepnęła: Tak, bracie, mogę, ale proszę, pomóż Iszrak.Jest ranna.Luca podniósł Izoldę, a potem pochylił się do smagłej dziewczyny.Od razu zauważył, żedostała cios w skroń.Miała krew na twarzy, a jej piękna ciemna skóra przybrała kolor śliwki; Iszraknie mogła utrzymać się na nogach. Idz do koni, jak najciszej  szepnął do Izoldy. Ja ją przyniosę.Skinęła głową i przemknęła cicho jak gołębica, okrążając polanę.Freize pomógł jej dosiąśćnajlepszego konia.Po chwili nadszedł Luca z Iszrak w ramionach i posadził ją na drugim koniu.Klepnęli wierzchowce w piersi, szeptem nakłaniając je, by się cofnęły, po czym poprowadzili jeprzez las do miejsca, gdzie czekał brat Piotr. O nie  obruszył się skryba na widok bladej twarzy i gęstych jasnych włosów ksieni.Natychmiast nasunęła brązowy kaptur, by ukryć twarz, i spuściła oczy.Piotr odwrócił się doFreize a [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum