[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Nie rób tego - odzywa się Clarke.- Robi się wtedy tak ciemno, że nic nie widać.- Wiem.Zaraz ją wyłączę.Tylko spójrz.Promień latarki pada na wyrastającą z mułu niewielką, skalistą wychodnię, niemającąwięcej niż dwa metry szerokości.Jej powierzchnię pokrywają poszarpane kwiatki,przypominające foremki do ciastek, gwiazdziste kępki połyskujące jaskrawo na czerwono iniebiesko w sztucznym świetle.Niektóre leżą płasko na skale.Inne powyginały się, tworzączastygnięte, wapienne węzły, zaciśnięte wokół rzeczy, których Clarke nie jest w staniezidentyfikować.Kilka z nich porusza się powoli.- Przyprowadziłeś mnie tutaj, by pokazać mi rozgwiazdy? - Kobieta próbuje wycisnąć zvocodera choć nutkę znudzenia i pogardy, ale jej się to nie udaje.Jednak gdzieś w środkuodczuwa pewien niepokój i swoiste zdumienie, że Acton ją tu przywiódł, że nie podejrzewającniczego, dała się kompletnie wytrącić się z kursu.Jakim cudem w ogóle udało mu się natrafićna to miejsce? Nie miał pistoletu hydrolokacyjnego, a kompas jest gówno warty tak bliskoGardła.- Doszedłem do wniosku, że do tej pory pewnie nie przyglądałaś się im dokładniej -wyjaśnia mężczyzna.- Pomyślałem sobie, że mogłyby cię zainteresować.- Nie ma na to czasu, Acton.Ten jednak wyciąga ręce i zaciska palce wokół jednego z żyjątek.Odrywa je powoli odskały; spodnią stronę rozgwiazdy pokrywają włókienka, umożliwiające jej przytwierdzeniesię do podłoża.Acton oddziera je, krok po kroku.Podsuwa zwierzę pod nos Clarke.Jego wierzch przypomina kolorowy kamień,inkrustowany wapiennymi wypustkami.Mężczyzna odwraca rozgwiazdę.Po drugiej stroniewiją się setki grubych niteczek, zbitych w zwarte rzędy ciągnące się wzdłuż ramion.Każdewłókienko zakończone jest maleńką przyssawką. - Rozgwiazda - oznajmia Acton - jest przykładem najwyższej formy demokracji.Clarke przygląda się w milczeniu, ogarnięta obrzydzeniem.- A tak się poruszają - ciągnie mężczyzna.- Przemieszczają się na tych oto nóżkachambulakralnych.Najosobliwsze w tym wszystkim jest to, że nie posiadają mózgu.Wprzypadku demokracji nie powinno to jednak nikogo dziwić.Szeregi wijących się robaków.Las półprzezroczystych pijawek, na oślep szukającychpunktu zaczepienia pośród wody.- Nie ma więc niczego, co kierowałoby nóżkami; każda porusza się całkowiciesamodzielnie.Na ogół nie stanowi to problemu, wszystkie zmierzają zazwyczaj w stronępożywienia.Nierzadko zdarza się jednak tak, że jedna trzecia ciągnie resztę w zupełnie innymkierunku.%7łycie tego zwierzęcia można porównać do nieustających zawodów w przeciąganiuliny.Czasami jakaś szczególnie uparta nóżka za nic nie chce ustąpić.Zostaje wtedydosłownie wyrwana z korzeniami, podczas gdy pozostałe unoszą ciało tam, gdzie tamta iśćnie chciała.Ale co zrobić: rządy większości, prawda?Clarke niepewnie przysuwa palec do rozgwiazdy.Natychmiast czepia się go kilka nóżek,lecz  skóra" nie pozwala jej poczuć ich dotyku.Tak umocowane, sprawiają wrażeniedelikatnych niczym włókienka mlecznego szkła.- To jeszcze nic - mówi Acton.- Spójrz na to.Rozdziera żyjątko na pół.Clarke cofa się, zszokowana i gniewna.Jednak coś w postawie Actona, w ledwiewidocznym pośród jasności zarysie jego sylwetki, sprawia, że decyduje się pohamować.- Nie martw się, Lenie - uspokaja ją mężczyzna.- Nie zabiłem jej.Ja ją rozmnożyłem.Wypuszcza z rąk oddarte połówki, które opadają na dno jak liście, ciągnąc za sobąbezkrwawe włókienka wnętrzności.- Potrafią się zregenerować.Nie wiedziałaś? Możesz rozszarpać je na strzępy, a każdyodtworzy sobie brakujące części.Zabiera to trochę czasu, ale ostatecznie dochodzą do siebie.Tyle, że masz ich więcej.Cholernie ciężko je zabić.Rozumiesz, Lenie? Rozedrzesz je nastrzępy, a wrócą silniejsze.- Skąd to wszystko wiesz? - pyta kobieta metalicznym szeptem.- Skąd pochodzisz?Acton kładzie lodowatą, czarną dłoń na jej ramieniu.- Stąd.To tu się narodziłem.Clarke nie uznaje tego za niedorzeczne.Tak naprawdę to ledwie go słyszy.Myślami jestgdzieś zupełnie indziej, przerażona tym, z czego nagle zdała sobie sprawę.Acton jej dotyka, a ona nie ma nic przeciwko temu. Rzecz jasna, seks jest pełen napięcia.Zawsze taki jest.Znajome uczucie powróciło na nowotutaj, w ciasnej kajucie Clarke.Nie mogą oboje leżeć na pryczy w tym samym czasie, alejakoś sobie z tym radzą.Najpierw Acton na kolanach, potem Clarke.Oboje wiją się wokółsiebie w metalowym gniezdzie poprzecinanym kanałami, przewodami i wiązkami kablioptycznych.Zledzą przebieg szwów i blizn na swych ciałach, przebiegają językami wzdłużfałdów metalu i bladej skóry, niewidzialni i wszystko widzący zza rogówkowych pancerzy.Dla Clarke jest to pod pewnym względem nowe doświadczenie, lodowata rozkoszobcowania z kochankiem pozbawionym oczu.Po raz pierwszy nie musi odwracać twarzy, nicnie zagraża kruchej intymności; z początku Acton chciał zdjąć nakładki, ale powstrzymała gogestem i szeptem.Wydawał się rozumieć.Gdy jest już po wszystkim, nie mogą położyć się obok siebie, siadają więc ramię w ramię,pochylając się w swoją stronę i wpatrując w oddalony o dwa metry właz.Zwiatłaprzyciemnione są tak bardzo, że wzrokiem lądowca nie sposób byłoby dojrzeć czegokolwiek;dla Clarke i Actona pomieszczenie jarzy się bladym, fluorescencyjnym blaskiem.Mężczyzna wyciąga rękę i dotyka szklanego odłamka wystającego z ramy na jednej ześcian.- Kiedyś było tu lustro - zauważa.Clarke skubie go w ramię [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum