[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Otóż te kobiety, gdyż mimo naszej miłości do własnej płci i dumie z niej niemożemy zaprzeczyć, że są one kobietami, otóż te kobiety od dłuższego czasu wywie-rają wpływ na naszą społeczność.Utrzymują stosunki płciowe z cudzymi mężami.Zaniedbują, mówiąc najoględniej, a mówiąc ostrzej, maltretują swoje dzieci, wychowu-jąc je w bluznierstwie.Podłymi uczynkami i wstrętnymi czarami doprowadziły niektó-rych mężczyzn do tego, że popełnili czyny szaleńcze.Niektórych  jestem co do tegoprzekonana  doprowadziły do śmierci.A teraz pojawił się ich demon, teraz zstąpił nanas ich jad, teraz ich wściekłość.W tejże chwili spomiędzy grubych, umalowanych warg Brendy jak z kielicha mal-wy wynurzył się ospale trzmiel i rozpoczął swój poszukujący lot ponad głowami zgro-madzonych.Jenny zachichotała.Dłoń Grety ponownie uścisnęła jej dłoń.Siedzący po jej drugiej stronie Ray Neff prychnął.Oboje Neffowie nosili okulary.Greta  okulary babuni w stalowych oprawkach, a on kwadratowe bez oprawek.Każdez nich przypominało jedno duże szkło, a ja tkwię między nimi, pomyślała Jenny, jak nos.W kościele zapanowała cisza; wszyscy, osłupiali, patrzyli na Brendę, która stała wypro-stowana na ambonie.Nad jej głową nie wisiał zaśniedziały krzyż, który znajdował siętu od lat stanowiąc nieistotny symbol, tylko solidne, nowe, mosiężne koło  symboldoskonałej jedności i pokoju.To Brenda wpadła na pomysł, żeby je tu powiesić.Terazwzięła płytki oddech i usiłowała mówić, mimo że coś pojawiło się w jej ustach. Ich wściekłość skaziła powietrze, którym oddychamy  oświadczyła i w tejżechwili z jej ust wyłoniła się blada ćma, za którą zaraz podążyła jej brązowa siostra.Ta druga spadła na pulpit, na którym stał mikrofon, spadła ze spotęgowanym, głu-chym łomotem, a potem wzleciała w stronę nieba wiszącego wysoko za dużymi okna-mi. Ich safiść satruła nas fsystkich.Brenda spuściła głowę, a jej usta urodziły bardzo żywotnego, okrytego puchem,ohydnie smakującego, dużego, tropikalnego motyla.Motyl miał pomarańczowe skrzy-dła z szerokimi, czarnymi obwódkami i leciał pod pomalowanymi na biało belkaminiedbałym i leniwym lotem.Jenny poczuła, że ma w swoim biednym, chorym ciele coś napęczniałego, coś, coprzypomina poczwarkę. Ratunku  powiedziała słabym głosem Brenda, opuszczając głowę, nad pulpi-tem, na którym leżał maszynopis jej soczystego kazania, pokryty kropelkami śliny i ślu-zem insektów.227 Wyglądało na to, że się krztusi.Długie, platynowe włosy kołysały jej się wokół twa-rzy, a mosiężne O błyszczało w promieniach słonecznego światła.Wierni przerwali ci-szę; słychać było podniesione głosy.Franny Lovecra5, również podniesionym głosem,charakterystycznym dla osoby głuchej, zaproponowała, żeby wezwać policję.RaymondNeff podskoczył i potrząsnął pięścią w prześwietlonym słońcem powietrzu; policz-ki mu się przy tym trzęsły.Jenny zachichotała, bo nie mogła dłużej tłumić wesołości,która ją rozsadzała od wewnątrz.Rozśmieszyło ją to, że naokoło panuje takie ożywie-nie; przypomniały jej się filmy rysunkowe, w których niezwyciężony kot, rozpłaszczo-ny przed chwilą na podłodze, wstaje i rwie się do dalszej pogoni.Wybuchnęła śmie-chem  wysokim i czystym, przypominającym jakiegoś motyla  i wyrwała dłoń zewspółczującej dłoni Grety.Była ciekawa, czyja to sprawka.Sukie, jak wszyscy wiedzie-li, znajdowała się teraz w łóżku z Arturem Hallybreadem, którego żona była w koście-le, z przebiegłym, starym, eleganckim Arturem, który przez trzydzieści lat pieprzył swo-je studentki w Kingston.Jane Smart pojechała do Warwick, gdzie miała grać na or-ganach Hammonda na zebraniu zwolenników Moona, odbywającym się w opuszczo-nym domu spotkań kwakrów.Atmosfera (zgodnie z tym, co Jane powiedziała MavisJessup, a ta Rose Hallybread, a ta znowu Jane) była tam przygnębiająca, bo człowiek wi-dział wszystkie bogate dzieciaki poddane praniu mózgów, z włosami ostrzyżonymi nażołnierzy piechoty morskiej, ale pieniądze z tego miało się spore.Aleksandra na pew-no robi teraz swoje figurki albo zajmuje się pieleniem chryzantem.Może żadna z nichnie chciała, żeby to się stało, może było to po prostu coś, co rozpyliły w powietrzu jakci naukowcy od atomów, którzy zrobili bombę, żeby pobić Hitlera i Tojo, i którzy teraztak tego żałują, jak Eisenhower, który odmówił podpisania rozejmu z Ho Chi Minhem,rozejmu, który mógł położyć kres wszelkim kłopotom, i jak te dzikie kwiaty kwitną-ce póznym latem  jak złota rózga i dzika marchew, zwana koronką królowej Anny rozsypane teraz pod postacią uśpionych nasion na porosłych krzewami, leżącychodłogiem polach, na których kiedyś niewolnicy otwierali bramki przed galopujący-mi na koniach panami we frakach i cylindrach ze skór bobrów i filcu.Jakkolwiek było,Jenny zdawało się, że wszystko to jest śmieszne.Herbie Prinz ze swoją zachłanną twa-rzą o wydatnych szczękach i cienkiej skórze, pokrytą wątrobianymi plamami, podnie-cony, przepchnął się obok Almy Si5on i idąc spiesznie wzdłuż nawy, omal nie przewró-cił pani Hallybread, która  podobnie jak inne kobiety  instynktownie przykrywałasobie twarz dłonią i właśnie sztywno wstawała, zamierzając uciec z kościoła. Módlcie się!  krzyknęła Brenda, widząc, że sytuacja wymknęła jej się spod kon-troli.Z dolnej wargi coś ściekało jej na brodę, która błyszczała. Módlcie się!  krzyknęła jeszcze raz tubalnym, męskim głosem, jak gdyby byłakukłą brzuchomówcy.228 Histerycznie śmiejącą się Jenny trzeba było wyprowadzić na zewnątrz, gdzie, sła-niając się pomiędzy obojgiem Neffów w okularach na nosach, zdumiała bogobojnychmieszczan, którzy o tej godzinie myli w pobliżu swoje automobile.* * *Jane Smart udawała się na spoczynek wtedy, kiedy jej dzieci były już w swoich po-kojach.Często szła prosto do łóżka po utuleniu dwojga najmłodszych i zapadała w sen,podczas gdy starsze oglądały jeszcze niedozwolony dla nich film albo serial, w którymbohaterowie ganiali się samochodami po południowej Kalifornii.Koło drugiej trzy-dzieści budziła się nagle jak gdyby na dzwięk telefonu, który zadzwonił raz i umilkłalbo na dzwięk kroków jakiegoś intruza, który próbował, czy można otworzyć frontowedrzwi czy też stłukł szybę i wstrzymywał oddech.Jane nasłuchiwała przez chwilę, a póz-niej uśmiechała się w ciemności, przypominając sobie, że jest to pora jej rende-vous [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum