[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Czy to nie klacz Boswijka?Odwróciła się, by popatrzeć, jak mruży oczy, zobaczyć tekochane, nowe zmarszczki w ich kącikach. Rzeczywiście.Wziął kaftan i wyszedł przez północne okno z drugiej stronydomu, gdzie przywiązał swój skif.Marta i Piet wstali z łóżeczka i z hałasem gramolili się do niejpo bielizniarce. Widzisz  powiedziała Marta swym pełnym wyższości,wszystkowiedzącym tonem czterolatki  konie też umiejąpływać.  Ten koń nie płynie  odparł Piet. Jest taki duży, żemoże wystawić głowę.Saskia dała im po kawałku sera.Nie mieli już chleba.Będziemusiała się nauczyć go wypiekać w małym piecyku na torf. Saskia!Głos Stijna przejął ją trwogą.Przecisnęła się do drugiegookna.Podawał jej z łodzi jakiś płaski przedmiot zawinięty w pled.Wychyliła się za parapet.Przedmiot nie był ciężki, ale wyśliznąłjej się z rąk pod pledem i wpadł do błotnistej wody.Stijn rzuciłsię za nim, kołysząc łodzią, chwycił go, wyplątał z pledu i podałjej ponownie.jakiś obraz.Przeniosła go bezpiecznie przezparapet i zobaczyła piękną dziewczynę wyglądającą przez okno. Co to jest, mamo?  zapytała Marta. Mój Boże!  usłyszała okrzyk Stijna. Saskia!Wychyliła się, jak mogła najniżej, a on, stojąc w łodzi,podał jej, jeszcze ostrożniej, koszyk z niemowlęciem, po czymchwycił wiosła. Dziecko! Ktoś włożył nam do łodzi dziecko  powiedziałaSaskia. Dziecko.Dziecko!  zawtórował jej Piet.Mając pięć lat, powtarzał wszystko, co usłyszał, i wszystko naświecie go śmieszyło.W miarę jak rozwijała pled, niemowlę stawało się corazmniejsze.Musiało urodzić się niedawno, bo miało wciąż różową ipomarszczoną twarzyczkę.Kiedy dotarła do szala w smutnychkolorach, bury błękit spleciony z szarą zielenią, zadrżały jej ręce iznieruchomiała, pojąwszy, że jest to szal jego matki. Co to za dziecko, mamo?  zapytała Marta. Nie wiem.Biedactwo strasznie zmarzło.  Zwięty Mikołaj!  zawołał Piet. Przyniósł je ZwiętyMikołaj.Dzieci poturlały się po podłodze ze śmiechem.Podpaliła w piecyku cegiełkę torfu, aby zagrzać wodę doumycia dziecka.Zaczęła rozwijać szal i znalazła zwiędnięty liśćkapusty.Uśmiechnęła się. Po co to?  spytała Marta, stojąca tak blisko niej, że ledwomogła się ruszyć. Och, to taki stary przesąd.Na szczęście dla dzidziusia. Możemy go zatrzymać? Możemy go zatrzymać, mamo? Liść kapusty?  zdziwił się Piet.Marta pchnęła go lekko. Możemy zatrzymać dziecko?Drżącymi dłońmi Saskia wyjęła z fałd szala jakiś papier,dokument od handlarza dziełami sztuki.Na odwrocie, dużymidrukowanymi literami, wypisane były słowa:  Sprzedajcie obraz.Nakarmcie dziecko". Ojcze Niebieski  wymamrotała.Czarne litery przepłynęły jej przed oczyma jak węgorze.%7łeteż matka mogła napisać coś takiego.Podniosła mokrą szmatę.Chłopiec.Mały Mojżesz o niebieskich oczach, z kilkoma lokamiblond włosów.Chłopiec, jeśli uda jej się utrzymać go przy życiu.Postawiła garnek mleka na fajerce nad płonącym torfem.Wbielizniarce znalazła pieluchy.Dziecko było umyte i nakarmione,zanim wrócił Stijn. To była klacz Boswijka  powiedział. Najgłupszy koń,jakiego widziałem.Uwiązałem go na linie i zaholo-wałem dostodoły, ale cholemik nie chciał wejść po rampie, więc zchłopakiem Boswijka musieliśmy spiąć go pasem i podciągnąćna krążku.Utopiłem drąg i będę teraz musiał wiosłować. Zlecono nam opiekę, Stijn.  Nad tym dzieckiem?Popatrzył na nie, nie bez życzliwości, ale krótko. To chłopiec.Wiedziała, że chłopiec będzie milej widziany. Okropnie chudy.Pewnie nie przeżyje więcej niż tydzień.Pokazała mu dokument. Jest tu tylko napisane, kto namalował obraz.Stijn obrócił papier.Zapadła cisza tak długa, jakby mieli jużnigdy nie przemówić. Bóg nam go zesłał  wyszeptała w końcu Saskia. Razem ze środkami na jego utrzymanie.Zawiez go doGroningen w najbliższy dzień targowy. Dziecko?Posiała mu trwożne spojrzenie, bo w Groningen byłsierociniec. Obraz.Stijn zapakował sobie gomółkę sera i plaster solonejwieprzowiny i wyszedł przez okno do łodzi.Chłopiec był pięknym dzieckiem.Kształt jego policzków ipodbródka przywodził jej na myśl rozwinięty tulipan.Cały dzieńsiedziała, karmiąc go kropla po kropli ściekającym po palcumlekiem.Całowała podeszwy jego stopek, otulała go pledem inie mogła się powstrzymać, by go nie dotykać.Od czasu do czasurozpościerał rączki, jakby chciał objąć ją, dzieci i krowę, i całyszeroki świat.Będą musieli się dowiedzieć, do kogo należy, alena razie, z boskiego rozkazu, musiała utrzymać go przy życiu.Co kilka godzin Marta pytała: Co zrobimy, mamo? A Piet wtórował: Co zrobimy? Na ogół tylko się do nich uśmiechała, nic nie odpowiadając.Stijn wrócił do domu zniechęcony.Nic nie zacznie schnąć,póki nie naprawią wałów morskich.Wtedy będzie możnauruchomić wiatraki i kiedy woda opadnie do poziomu wałuDamsterdiep, przeniosą się tam. Zciągają ludzi aż z Woldijk.Kwaterują ich w Delfzijl, alemy będziemy musieli codziennie wiosłować.Wspięła się na palce, by pocałować go w policzek. Nie dotykaj mnie.Jestem brudny.Nie miało to dla niej znaczenia, ale cofnęła się posłusznie. Będzie to cud, jeśli tej wiosny zasadzimy ziemniaki. Zasadzimy je.Na pewno.Położyła mu dłoń na ramieniu i poczuła, jak napina mięśnie.Miał skłonność do przewidywania najgorszego; do niej należałoprzywracanie mu nadziei. Dziecko napiło się dziś mleka pięć razy.Spojrzał nakoszyk, w którym położyła chłopca.; Jaka matka porzuca dziecko w czas powodzi? Zdjąłwierzchnie ubranie i usiadł na brzegu wysokiego,wbudowanego w ścianę łóżka.Piet, leżący w dziecięcymłóżeczku pod spodem, pociągnął go za nogawkę spodni.Stijnodsunął nogę. Taka, która nie ma wyboru. Zostawił je Zwięty Mikołaj  powiedział Piet, i nagleSaskia przypomniała go sobie.Obcego mężczyznę w ski-fie,proszącego o mleko. Cicho, Piet.Zpij już. Wylała przez okno miednicębrudnej wody. To dobre dziecko. W tym momencie, akuratgdy Stijn nań patrzył, chłopiec rozpostarł rączki. Widzisz?Lubi cię [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum