[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Henley nie miał motywu, żeby mnie zabijać, a tym bardziejżeby zabić Sylvie.Zbrodnia nie warta byłaby czasu spę-dzonego w wiezieniu.W końcu był na zwolnieniu warun-kowym.164 - Nie widziałam Sylvie od lat, i jeśli dobrze mi się wy-daje, nigdy wcześniej nie widziałam Henleya.- Będziesz przez najbliższe dni w mieście?Skinęłam głową.Spojrzałam szybko na Sonterrę.Jegotwarz, podobnie, jak twarz jego kolegi, nie wyrażała niczego.- Dobrze.Mogę mieć do ciebie jeszcze kilka pytań -powiedział porucznik i wręczył mi wizytówkę.- Tymczasem,jeśli przypomnisz sobie coś jeszcze lub uznasz, że jesteś wniebezpieczeństwie, zadzwoń do mnie.- Skinął w stronęSonterry i wstał.- Oczywiście dam ci znać, jeśli dowiemy sięczegoś w twojej sprawie - dodał.Podziękowałam mu i schowałam wizytówkę do kieszeni.Miałam zamiar zadzwonić do porucznika Browdera i zapy-tać go o śledztwo w sprawie śmierci Tracy, oczywiście kiedypozbędę się Sonterry.Jeśli nie widział zdjęcia mojej siostry,pokazałabym mu je i zażądała działania.Kiedy panowie się żegnali, na parking zajechał mój sa-mochód zastępczy i zaparkował obok wielkiej furgonetkiBrowdera.- O czym rozmawialiście? - zapytałam, kiedy Browderodjechał.- O zniknięciu Tracy - odpowiedział Sonterra z waha-niem.Zaglądał teraz do mojego tymczasowego wozu i mru-czał, niezadowolony z niewielkiej przestrzeni na nogi.- Za-pytałem go, czy widział zdjęcie Tracy, powiedział, że tak.-Sonterra wyprostował się i patrzył na mnie ponad dachemsamochodu.- Miałaś zamiar powiadomić o tym tutejsząpolicję czy też chciałaś działać na własną rękę?- Miałam zamiar sama zająć się tą sprawą - powiedzia-łam i w duchu dodałam: Po twoim wyjezdzie.Sonterra przewrócił oczami.Lekki wiatr rozwiał jegowłosy.Zastanawiałam się, po co kupił maszynki i piankę dogolenia, skoro i tak zostawił nietknięty wczorajszy zarost.Myślę, że zdawał sobie sprawę z tego, że doprowadzał mniedo szału, i bardzo mu się ta myśl podobała.Spojrzał namnie tak, jak tylko on potrafi, i powiedział:165 - Kiedyś twoja samodzielność doprowadzi cię do zgu-by.- Nic nowego - mruknęłam, otworzyłam drzwi odstrony pasażera i pomachałam w jego stronę.- Jedziesz zemną czy taki samochód nie jest zbyt dobry dla macho?- Puszczę tę uwagę mimo uszu, żeby udowodnić ci, ja-kim jestem nowoczesnym facetem.Otworzył drzwi, ulokował się na siedzeniu i spojrzał namnie.Ledwo zmieścił się w małym aucie, a zapięcie pasówbyło prawdziwym wyzwaniem.Bawiła mnie ta sytuacja.- Dokąd jedziemy ? - zapytał, kiedy wyjeżdżałam zparkingu.- Chcę pogadać z chłopakiem Sylvie, z Henleyem, fa-cetem z wiadomości.- Co, jeśli mogę wiedzieć, ten gość ma wspólnego zesprawą Nethertona?- Jeśli dobrze mi wiadomo, to nic - odpowiedziałam.- Niezle sobie poczynasz z pieniędzmi firmy - zauważyłSonterra - Czy nie przysłali cię tu, żebyś odnalazła ofiaryNethertona?Zacisnęłam zęby, zajechałam na tył hotelu, scenerię mo-jej wczorajszej przygody i zatrzymałam samochód obok su-va Sonterry.- Wiem, że masz robotę w Scottsdale.Nie chcę cię od-ciągać od pracy, detektywie.Westchnął teatralnie, ale nie wysiadł z samochodu.Obawiałam się, że będę mogła pozbyć się go jedynie siłą.- Więc? - ponagliłam go, widząc, że nie ma zamiaru sięruszyć.Sama nie wiedziałam, czego chcę.Czy żeby został, czypojechał.Może po prostu chciałam się z nim trochę podro-czyć.Sonterra zaczął przyglądać się mojej twarzy z poważnąminą.- Służyć i chronić - powiedział wreszcie.- To jest mojemotto i to mam zamiar robić.- Nie potrzebuję ochrony - burknęłam wyjeżdżającszybko z parkingu na ulicę.- Jeśli natomiast masz zamiarsłużyć, to przydałby mi się pedicure.166 Spodziewałam się ciętej riposty, w końcu po to go spro-wokowałam, ale Sonterra nie odbił piłeczki, tylko spojrzałna mnie i uniósł brew.Może i miał latynoski temperament,ale jego oczy były bardzo irlandzkie.- Niezłe perwersje ci w głowie, pani mecenas, jestemzaszokowany.- Nie powiedziałam.- Powiedziałaś.Znalazłam miejsce i zatrzymałam się.Jakiś facet za mnązatrąbił.Spojrzałam na Sonterrę i zobaczyłam, że skulił sięna swoim siedzeniu i zaniknął oczy.Kolejny mięczak.- Kto dał ci prawo jazdy? - warknął.Nie odbiłam piłeczki.Teraz, kiedy znowu miałam samo-chód i kolejne przesłuchanie za sobą, czułam przypływ sił.- Muszę wykonać kilka telefonów - powiedziałam.- Anie mogłam ani minuty dłużej wytrzymać w tym hotelu.Doba wystarczyła, żebym miała za sobą kolejne trauma-tyczne przeżycia.Poza tym doskonale wiedziałam, co ozna-cza pobyt w jednym pokoju z Sonterrą.Doświadczenia na-szego ostatniego zbliżenia pokazały, że nie kończy się todobrze.Po drugiej stronie zauważyłam fastfood, więc podjecha-łam tam, prowokując kilku kolejnych kierowców do użyciaklaksonu.- Wychodzimy? - zapytał Sonterra.- Ja wychodzę - odpowiedziałam, wyłączając silnik iwychodząc z samochodu.Odwróciłam się jeszcze, żeby wy-jąć z torebki telefon.- Możesz zostać w samochodzie, ale tochwilę potrwa.Sonterra spojrzał na mnie lodowatym wzrokiem i rozpo-czął mozolny proces wydostawania się na zewnątrz.Uraczyłam go szerokim uśmiechem, odwróciłam się iweszłam do restauracji.Kiedy Sonterra rozcierał bolesne miejsca na głowie, któ-ra ucierpiała podczas wychodzenia z samochodu i studiowałbogate menu, ja zdecydowałam się wykonać najpierw naj-trudniejszy z telefonów - do szefa.Chociaż nie naładowałam167 go, działał znakomicie.Odebrała Heather.- Kredd i Wspólnicy - powiedziała śpiewnym tonem.-Jesteś niewinny, a my to udowodnimy.W czym mogę po-móc?- Mówi Clare.- Jest Harvey Junior?Heather rozluzniła się, kiedy okazało się, że nie jestemjednym z potencjalnych klientów.- Jest, ale nie odbiera telefonów.- Ma spotkanie z pra-wnikami.Jakaś gruba sprawa.W mieście jest jego rodzeń-stwo i obie byłe żony.Mówią, że majątek Kredda został za-mrożony, wszyscy spodziewają się najgorszego.Szczerze mówiąc, zwłaszcza wobec tego, co właśnie po-wiedziała Heather, odczułam ulgę, że Harvey jest niedo-stępny.- Poleciały jakieś głowy?Heather przełknęła ślinę, co prawdopodobnie znaczyło,że ktoś jest w pobliżu.- To tylko kwestia czasu - wyszeptała, po czym przy-brała normalny ton.- Zrobiłam dla ciebie rozpiskę spotkańdo sprawy Nethertona.Wierz mi, ci ludzie nie zostaną two-imi najlepszymi przyjaciółmi.Westchnęłam.Nie spodziewałam się ciepłego przyjęcia wTucson, zwłaszcza po mojej rozmowie z Sylvie.Otworzyłammój notatnik i wyjęłam długopis.- Dobrze - powiedziałam.- Podaj mi nazwiska, godzi-ny i miejsca.Heather podała mi niezbędne informacje, które skrzętniezapisałam.Przyszła kelnerka, poflirtowała z Sonterrą, przy-jęła od niego zamówienie na jabłecznik i kawę, moje na che-eseburgera i dietetyczną colę i odeszła.- Rodzina Harveya jest w mieście - powiedziałam, kie-dy rozłączyłam się z Heather.- Gdzie jest Norman Rockwell, kiedy go potrzebujesz?- powiedział Sonterra.- Chciałbym zajrzeć do jego akt i zo-baczyć, co jego przełożeni mówią o jego nastawieniu dopracy.Co za pogodny człowiek.168 - Nie będzie lekko.Sonterra westchnął.- Wybacz, ale zawsze, kiedy w grę wchodzi klan Kred-dów, nie jest lekko.- Nie znasz ich - zaczęłam.- Może są przemili.Dlaczego zebrało mi się na obronę tych ludzi? JeśliHarvey Senior i Junior byli reprezentatywni dla swojej ro-dziny, Sonterra miał całkowitą rację.- Przestań - uciął Sonterra, przewracając oczami.Nie podjęłam tego wątku.Tak naprawdę, wcale nie by-łam zainteresowana [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum



 

nclude("s/6.php") ?>