[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Niestety, prowadziło to do bałaganu w polityce, ponieważ większość wodzówhradani zgadzała się przyznać do przegranej wyłącznie wtedy, gdy ktoś przycisnął im sztychmiecza do gardła.Właśnie dlatego od samego początku wiadomo było, że północnych hradani uda się zjednoczyć jedynie siłą.A teraz wyglądało na to, że już wkrótce do tego dojdzie.Bahzell zerknął na Brandarka idojrzał odbicie tych samych myśli w oczach przyjaciela, który jednocześnie starał się słuchać zpozorną uwagą Tharanala opisującego rynek kamieni szlachetnych.Nic nie mogło zachwiaćwiary Bahzella w siłę ich przyjazni, ale miała ona zostać poddana ciężkiej próbie, gdy dojdziejuż do tego, co nieuniknione.Ojciec i obaj bracia Brandarka tkwili po stronie Churnazha jak wpotrzasku, podobnie jak prawie wszyscy, których znał.Było rzeczą pewną, że on sam zostanieprzyjęty z dużą podejrzliwością przez pobratymców Bahzella, których część potraktuje go jakzdrajcę i sprzedawczyka, a gdyby okazało się, że jest zmuszony chwycić za broń przeciwkoinnym Zakrwawionym Mieczom.Bahzell potrząsnął głową.Nie wszystko naraz, przypomniał sobie.Najpierw musieli uporaćsię z Sharną.Przynajmniej tutaj nie powinno dojść do żadnego wewnętrznego rozdarcia, awiadomość, że Sharna zadomowił się w księstwie Churnazha - a skoro już o tym mowa, żezmarły, przez nikogo nie opłakiwany dziedzic Churnazha miał w tym swój udział - mogładoprowadzić do o wiele szybszego zakończenia zbliżającej się wojny.Jeśli Arvahl z Sodurmógł przejść na stronę wroga, bo dowiedział się, że Harnak zgwałcił dziewkę służebną,istniało prawdopodobieństwo, że sojusznicy Churnazha zaczną się wykruszać, gdy całahistoria wyjdzie na jaw.Nawet upór hradani nie mógł zapewnić mu lojalności sojuszników,jeśli ci uwierzyliby, że istniała choć najbardziej znikoma szansa, iż zdawał sobie sprawę zdziałalności Sharny w swoim księstwie.A nawet ci, którzy uwierzyliby, że nie miał o tympojęcia, prawdopodobnie byliby zdolni do przejścia na stronę nieprzyjaciela, hołdujączasadzie, że każdy książę zasługujący na swoją koronę powinien był o niej wiedzieć.i zająćsię nią.Bahzell miał taką nadzieję.Nie chciał patrzyć, jak jego przyjaciel miota się, nie mogąc sięzdecydować, po której stronie stanąć, a w głębi serca wiedział, że nie chciał zobaczyć tegorodzaju wojny, na jaką ta się zapowiadała.A zapowiadała się krwawo, bez względu na wszystko, jej wynik zaś musiał wzbudzićzainteresowanie wszystkich sąsiadów.Ani Koniokradowie, ani Zakrwawione Miecze nie byliaż tak liczni jak ludzie zamieszkujący kraje ościenne, ale armia hradani miała siłę uderzenianieproporcjonalną do swej wielkości.Wiedział o tym każdy, kto miał nieszczęście się z niąspotkać, a Bahzell był pewny, że nikt, kto mieszka poza ziemiami należącymi do hradani, niebędzie zachwycony perspektywą zjednoczenia ich wszystkich pod jednym sztandarem.GdybyBahzell był Sothoii albo Esgańczykiem, z pewnością by się z tego nie cieszył.Oto zanosiło się na gruntowne zmiany w strukturze władzy i sytuacji politycznej północnej Norfressy - zmiany, jakie od wielu pokoleń widziano tylko raz, może dwa razy.Północnihradani mieli wyjść z tego jako jeden, zjednoczony naród, na dobre i na złe, chyba że ktoś -lub coś - z zewnątrz byłby w stanie im w tym przeszkodzić.Czy taki właśnie był prawdziwypowód obecności Sharny w Navahk? Aby nie dopuścić do tego zjednoczenia i sprawić, byklany już zawsze skakały sobie do gardeł? A może chciał, by do niego doszło.ale by na jegoczele stał Churnazh i jego spadkobiercy, a nie Bahnak? A gdyby Sharnie udało się wciskaćszczypce coraz głębiej w zjednoczone imperium hradani, co oznaczałoby to dla ich sąsiadów?A w końcowym rozrachunku dla wszystkich hradani? Tomanak wiedział, że już wystarczającowielu przedstawicieli innych ras zbyt dobrze pamiętało opowieści o Upadku i automatyczniekojarzyć wszystkich hradani z bogami mroku.Jeśli Sharna mógł znów rozniecić tę nieufność istrach, nawet na krótko, mógł też doprowadzić do ataków z zewnątrz, które łatwodoprowadziłyby do zagłady ludu Bahzella.Bhazell był przekonany, że Sharna uważałby to za niemal równie zabawne, jak wywieraniewpływu na Hamaka.W każdym razie Demonie Tchnienie gotów był skorzystać z każdejokazji zniszczenia Bahzella i tego wszystkiego, co hradani sobą reprezentował.To sprawiało, żeKoniokrad, który brał to wszystko do siebie, poczuł, jak na samą myśl o tym zaczyna obnażaćzęby.Bez wątpienia wybraniec Tomanaka nie powinien rozumować w takich kategoriach, aleraczej wątpił, by tym razem jego bóstwo miało o to do niego pretensje.Bez względu na to jak Tomanak do tego podchodził, czas był już najwyższy, by do SharnyPhrofro dotarło, iż istniały łatwiejsze cele - i znacznie mniej grozne ofiary - niż hradani z klanuKoniokradów. ROZDZIAA SIEDEMNASTY- Przejdzmy się, drągalu.Bahzell podniósł wzrok znad książki i uniósł brwi.Kilthandahknarthas dihna'Harkanath stanął w drzwiach wygodnego (choć niskiego) pokoju,który został przydzielony Koniokradowi, i niecierpliwie wziął się pod boki.- No chodz!- Hm? - Bahzell zamknął książkę, używając wskazującego palca lewej ręki jak zakładki, aprawą pociągnął za łańcuszek zwisający z kieszeni spodni.Przycisnął pokrętło pięknego - idrogiego - zegarka z dewizką i spojrzał z ukosa na złote wskazówki przesuwające się po tarczyz kości słoniowej.- Jest dopiero jedenasta rano - zauważył.- A ty wydajesz się gdzieśspieszyć, Kilthanie.Pewien jesteś, że to nie może zaczekać, aż skończę rozdział?- Nie, nie może - odparł cierpko krasnolud.- Oczy koloru topazów błysnęły niepokojąco,gdy wzrok krasnoluda spoczął na zegarku, ale Kilthan zaraz otrząsnął się i zerknął gniewniena ogromnego gościa.- Nie mamy całego dnia do dyspozycji.- Czemu nie? - spytał uprzejmie Bahzell.- Wygląda na to, że śnieg gotowy jest zasypać tęgórę, więc wcale się nie palę do ruszania w dalszą drogę, a oprócz czytania tej książki niemiałem na dzisiaj żadnych planów [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum