[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Pani Amelio, widziała panikiedyś tego kółkowego prezesa?- Wozniaka? Oczywiście - odparła.- Pani myśli o starym Wozniaku, a ja o kimś innym.Jestmłody i tak piękny, że niech pani nawet na niego nie patrzy,zakocha się pani na śmierć.On jest naprawdę przepiękny! -powiedziałam z zachwytem. - Do zakochania to ja, moja Zuzanko, nie jestem takaskora, a pięknych mężczyzn też już kilku w życiu widziałam inigdy nie tracę tak szybko głowy.- Pani komisarz zaśmiała sięwdzięcznie.- Dobra, zobaczymy.Tylko niech tu pani przy nasposiedzi - poprosiłam.- Burek! Aajdaku! - znowupowstrzymałam go w ostatniej chwili.Co za piekielny pies.- Chętnie posiedzę.Ja w sprawie kosiarki do trawy.Mielinam naprawić już wczoraj.Trawa przed posterunkiem wyrosłajak na łące.Zaraz do nich pójdę i zrobię awanturę, alenajpierw poczekamy na tego pięknisia.Wygrzebała z torebki paczkę eleganckich papierosów imalutkie radyjko.Zapaliła papierosa.Radio chrypnęło, alepotem już zagrało czyściutko.Zrobiło się po prostuprzyjemnie.Dyzio wstał i zaczął się przechadzać.Nie znosiłbezczynności.- O, Dyzio bez swetra - zdziwiła się pani Amelia.- Dałem Zuzce, ona nie zwykła siedzieć na takiej ławce -wyjaśnił.- Słuchajcie! Okazało się, że Zenek był po prostu wPłocku - powiedziała niespodziewanie.Poczułam się speszona.To przecież mnie chodziło pogłowie zabijanie się z miłości.- No właśnie.Grał na weselu.Z Pszenicznymi! -dodałam.- Tak.A Anielci też nie będziemy szukać.Pan Wilkoszwczoraj zadzwonił, że miał informację od córki i jest jużspokojny.Jak spokojny - to spokojny.Mam całą Młynię nagłowie.Nie będę się martwiła dodatkowo Anielcią.Pani komendant oparła się o poręcz ławki i wyciągnęłaprzed siebie nogi.Włosy wymknęły się jej spod mnóstwa spinek i opadły na ramiona.Amelcia Kmita była ładna.Jak siędobrze przypatrzeć.Siedziałyśmy tak z pół godziny, rozmawiając leniwie.Dyzio chodził przed nami trochę denerwująco.Gdzieś w ostatniej komórce mózgu zaświtała mi myśl oAnielce Wilkoszownie.Cała jej historia była dość dziwna.Niemogłam się dłużej nad tym zastanawiać, bo usłyszałam konieczdania w radiu: .zapamiętała biały samochód zcharakterystycznym wgnieceniem na środku bagażnika.Markisamochodu nie pamięta, tylko to, że był duży i elegancki".- Dyziu, rany boskie! Mówią o samochodzie! -wrzasnęłam.- Gdzie?- W radiu.%7łe był biały i miał wgniecenie na pokrywiebagażnika.- I co?- Jak to co? - zirytowałam się.Dyzio ma denerwującepytania.- Mówiłaś, że w radiu ogłoszono komunikat o białymsamochodzie.Jaki?- Nie wiem, u licha.Słyszałam tylko, że samochód byłbiały i miał wgnieciony bagażnik - zdenerwowałam się tępotąDyzia.Pani Amelia zgasiła papierosa i leniwie zwróciła twarz wnaszą stronę.- Wiecie coś o tym samochodzie? - spytała.- O rany! - jęknęłam i opowiedziałam zdarzenie namłyńskiej drodze.Wysłuchała nie przerywając.- Teraz tylko wytłumacz mi, jaki to ma związek zkomunikatem w radiu - powiedziała miękko.- Nie mam pojęcia.Może nie ma żadnego związku, bonawet nie wiem, o co chodziło.Coś mnie tak tknęło. - Aha, tknęło.Poczekamy, może powtórzą informację -urwała jak nożem uciął, bo właśnie nadchodził prezes zZenkiem i naprawionym wózkiem.- Och, dziękuję, dziękuję - wołałam zachwycona, nie tylezreperowanym wózkiem, co prezesem.Powstała dość niezręczna sytuacja.Nie bardzo umiałamsię w niej znalezć.Wszyscy stali naprzeciw siebie jacyśzdębiali.- To może ja przedstawię - zaczęłam koszmarniezmieszana.- To jest pan prezes.znaczy pan.Piotr Okoński,a to pani Amelia Kmita, komendant naszego posterunkupolicji, czyli komisarz - plotłam jak potłuczona.- Miło mi, bardzo mi miło.- Pan prezes też nie czuł sięzbyt swobodnie.Co u licha?Dyzio z Zenkiem sprawdzali nieszczęsne koło, jasiedziałam na swetrze i czułam się jak klucha na parze,wyrzucona z talerza, a tych dwoje stało i patrzyło na siebie zminami, jakby przed chwilą zobaczyli diabła z rogami alboanioła ze skrzydłami.W każdym razie coś niespotykanego.- Pani komisarz? Naprawdę pani komisarz? - pytał ni toze zdziwieniem, ni to z kpiną prezes.- Nie mogę uwierzyć!!! -zawołał i zaczął się dusić ze śmiechu.Najpierw cichutko,potem coraz głośniej i głośniej, wreszcie śmiał się jak opętany.Pani Amelia pobladła chyba jeszcze bardziej, odwróciłasię na pięcie i pędem ruszyła do swego samochodu.W ciągukilku sekund wsiadła, zapuściła silnik i odjechała.Prezeswciąż dusił się ze śmiechu, ale już coraz ciszej, aż ucichł ichwycił się za głowę.- Co ja narobiłem, na miłość boską?! Co ja narobiłem!! -krzyknął.- Przecież ja nie z niej, przecież to zupełnie inaczej.- Elegancko to nie wyszło - zganiłam.- Wyśmiał panpanią Amelcię i pewnie ona panu tego nie daruje.Ja bym niedarowała. - Ależ wcale nie wyśmiałem, ja się śmiałem do niej.do.Zresztą nie wiem, dlaczego się tak idiotycznie roześmiałem -przyznał ze skruchą.- Ja bym nie darowała - powtórzyłam uparcie.Pożegnaliśmy się dość chłodno.W drodze powrotnejprowadził Burek.Biegł przed moim wózkiem i stale sięoglądał, czy na pewno podążamy za przewodnikiem.- Czy wy coś kapujecie? - zapytał Zenek, jak zwykle niebardzo bystry.- Starzy są przeważnie nieobliczalni - powiedziałfilozoficznie Dyzio.Fakt.Sama martwię się, że tak wiele czasu przebywam zestarymi.- Nie uważacie, że wychowałam się między samymistarymi? - zapytałam.- Spędziłam wśród nich całe mojeosiemnastoletnie życie.- Nie jestem stary - zaprotestował Dyzio.- Ani ja - dodałZenek.No cóż.Zgadza się - przyznałam w duchu.Wujek Bodzio wpadł do kuchni jak wicher, nadzwyczajniepodniecony.- Jak Boga kocham, tego najstarsi ludzie w Młyni niepamiętają! - zawołał.- Dobrze, że jesteś, wujku - przerwałam.- Znasz możenowego prezesa kółka rolniczego? Mówię ci, co za facet.Metrdziewięćdziesiąt, wysmukły, czarne włosy i bardzo niebieskieoczy, a zęby piękniejsze od zębów Helci.(Czasem nazywamtak pieszczotliwie mamę).- Znam.Nic takiego nadzwyczajnego.Poza tym fajnychłop.Chodzi jednak o to, że do Młyni zjechała prawdziwawycieczka z samej Anglii! - przekrzyczał mnie wujek.- Toznaczy, oni tak naprawdę do nas nie jechali, ale się zgubili iwreszcie wylądowali nad naszym jeziorem.Zachwyceni jak diabli! Ludzie! Czy wy to rozumiecie?! Przecież możemy natym zarobić! Anglicy w Młyni! Całe dwa autokary!- Zwięci pańscy! - krzyknęła ciocia Brońcia.- Anglicy?- Jakiś instytut z Londynu.Europę środkową sobiezwiedzają i Bóg z nimi.Dobrze, że się zgubili.Pilot zatruł sięśliwkami i Anglicy sami się wypilotowali.Bardzo dobrze- cieszył się wujek.- W ciągu dwóch sekund założyliśmyz Zenkiem kemping, a trzy małżeństwa zapewniliśmy, że wgospodarstwie Jasieniów czekają na nich trzy apartamenty,dysponujące wszystkimi wygodami, a nawet jest możliwośćkorzystania z posiłków [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum