[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Służące nazywały mnie  biedną Bettiną".Wiedziałam, co to znaczy.Askoro nie mogłam wyjść za mąż, to jak miałam mieć dziecko? Dziecko, którekiedyś by mnie pokochało? A nie tylko córkę siostry, która mnie nienawidzi. Nie nienawidzę cię, ciociu. Przerażona Morgana nie mogła oderwaćwzroku od kotka wystającego z piersi Bettiny.Wyglądał jak szczebel drabiny.Tocud, że Bettina jeszcze żyła. Boli cię, jesteś ranna  tłumaczyła łagodnie.Spojrzała na Joego, który pokręcił głową.Ethel powiedziała, że lekarz dotrzedopiero za godzinę.Bettina nie przeżyje godziny. Musiałam to zrobić jęczała. Co, ciociu?  pytała Morgana.Krew wyciekała spod grubego opatrunku.Joe próbował zebrać ją watą.Betti-na z trudem chwytała oddech. Musiałam.pozwolić Abigail umrzeć.Powiedziała.Faradayowi o mojejmatce.i stangrecie.RLT Morgana położyła dłoń na czole ciotki.Było zimne i lepkie. Ciociu, o czym ty mówisz?Krew bulgotała kobiecie w gardle.Ohydny drewniany kołek podnosił się iopadał z każdym, z trudem chwytanym haustem powietrza. Wtedy nie wiedziałam.Chciałam Faradaya.Był mój.Dlatego Abigail mu-siała wykrwawić się na śmierć.Ale.powiedziała.Morgana cofnęła rękę. Co powiedziałaś? Faraday.i lekarz okrętowy mogliby.ją uratować.Musiałam poczekać,aż.Dziewczyna wpatrywała się w nią ze zgrozą. Pozwoliłaś mamie wykrwawić się na śmierć? wyszeptała. Zdobyłam dziecko.Zdobyłam Morganę.Faradaya też musiałam zdobyć.Ale powiedziała mu o mojej matce i stangrecie.Morgana nie wierzyła własnym uszom.Jej ciotka zabiła rodzoną siostrę?Bettina toczyła wzrokiem. Madianiccy kupcy  wycharczała.Morgana musiała się pochylić, żebyusłyszeć. Co powiedziałaś, ciociu? Bracia.sprzedali go madianickim.kupcom. Nie rozumiem  powiedziała przez zaciśnięte gardło Morgana.Wielkie mętne oczy wpatrywały się w dziewczynę.Zegar w korytarzu wybiłpełną godzinę.Kobieta oddychała z coraz większym trudem.Rozpaczliwie wal-czyła o każdy łyk powietrza.Wyciągnęła rękę i macała po narzucie, szukającdłoni Morgany.RLT  Nazwali ją Morgana  szeptała, patrząc na nią nieprzytomnym spojrze-niem. Dali córce imię oznaczające ułudę.Wszystko to tylko bujanie w obło-kach i zamki na piasku.Nagle Bettina oderwała rękę od narzuty. Boże! krzyknęła.Otoczyła palcami zakrwawiony kołek i zanim Morgana zdołała ją powstrzy-mać, wyszarpnęła go z piersi, wołając: Faradayu!Trysnęła krew.Morgana zerwała się na nogi.Joe rzucił się do łóżka i twardą,pokrytą odciskami ręką próbował zakryć ranę. Więcej opatrunków!  krzyczał. Ręczniki! Cokolwiek!Ethel usłyszała i przypędziła do pokoju.Odepchnąwszy Morganę, siadła nałóżku, przyciskając gruby ręcznik do poszerzającej się czerwonej plamy.Dziew-czyna słaniając się, oparła się o ścianę.Nie mogła oderwać wzroku od białej,wykrzywionej, zmienionej nie do poznania twarzy ciotki.Bettina kasłała krwią i szamotała się, aż wreszcie zamknęła oczy.W jej płu-cach coś zarzęziło, ciało przeszyły drgawki.Jeszcze jedno konwulsyjne drgnie-nie, ostatni oddech i znieruchomiała.RLT ROZDZIAA 74 Pobierzmy się od razu  powiedział Sandy Candlewell następnego ranka. Chcę się tobą zaopiekować, Morgano.Zaadoptuję też Gideona, żeby nikt niemógł ci go odebrać.Jeśli będziesz chciała, będziesz mogła studiować.Ja zajmęsię zajazdem.Proszę, Morgano.Najdroższy Sandy.Kochała go najczulszą, najsłodszą miłością.Był jej podpo-rą.Pewną i niezachwianą.Należał jednak do tego jej świata, który właśnie sięzawalił. Daj mi czas  poprosiła.Teraz musiała poszukać sukni, w której pochowa ciotkę.Wszedłszy do pokoju Bettiny, przeżyła szok.Ciotka zwykle miała u siebiepedantyczny porządek, tymczasem na podłodze walały się ubrania, jakby histe-rycznie wyrzucała rzeczy z szafy, szukając odpowiedniej sukni na swoją tajem-niczą wyprawę na pustynię.Grzebiąc wśród ubrań w poszukiwaniu czegoś czystego, Morgana odkładałana jedną stertę spódnice i bluzki, na drugą bieliznę.W pewnym momencie trafiłana sukienkę w groszki, którą ciotka miała na sobie w wieczór pożaru.Morganabyła tego pewna, ponieważ Bettina zawsze wkładała ją w piątki, zaliczając strójdo kategorii odświętnych.Kiedy odkładała sukienkę, coś wypadło z kieszeni.Papierowa torebeczka z pieczątką apteki.Zaciekawiona zerknęła do środka.Torebka była pusta, ale na dnie zostałyresztki białego proszku.Na opakowaniu zobaczyła proste dwa słowa:  środeknasenny".Zciągnęła brwi.Bettina nie pochwalała tego rodzaju leków.Twierdziła, żesięgają po nie tylko słabi i tchórzliwi.W takim razie po co jej to było?RLT Dziewczyna dalej sortowała ubrania.Kiedy trafiła na szlafrok Bettiny, poczu-ła drażniący zapach spalenizny.Przytknąwszy tkaninę do nosa, rozpoznała jesz-cze inny zapach  charakterystyczną woń terpentyny.Z narastającą pewnością sięgnęła do kieszeni szlafroka.W środku były zapał-ki. Boże  wyszeptała.Nogi się pod nią ugięły.Chwiejnym krokiem zeszła zsypialni na dół, gdzie Gideon bawił się gałkami nieczynnego radia. Gideonie, czy w wieczór pożaru ty i mama jak zwykle piliście ciepłe mle-ko?Na wzmiankę o matce jego oczy zrobiły się wielkie i okrągłe, nabrzmiałełzami. Czy tak, Gideonie?  zapytała łagodnie. Tak  powiedział.Morgana z trudem przełknęła ślinę. I oboje je wypiliście? Aza spłynęła mu po policzku. Mama niechcący strąciła kubek.Dałem jej swoje, ale powiedziała, że mu-szę wypić, bo rosnę. Nie będziemy płakać nad rozlanym mlekiem", to były jejostatnie słowa.Powinienem był się obudzić!  krzyknął. Nie obudziłem się!Dlatego umarła!Wybuchł płaczem.Morgana mocno go przytuliła [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum



 

  • Christopher Brookmyre Pandaemonium (epub)
  • KrzepniÄ™cie, Weterynaria, BIOCHEMIA, Materialy
    Scarecrow and Mrs. King(1983–1987) S01E11 Remembrance of Things Past.avi
    Ostatni toast, Tajemnice życia-zbiór wierszy
    3
    gielda0A0909090A09090909warszawska gpw
    witam ;)