[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jak para przyjaciół.Moim zdaniem, jak na razie idzie namcałkiem niezle.- Jak na razie - przyznał z uśmiechem.- Ale co będzie, jeżeliodwiozę cię do domu, a potem będę chciał wejść i kochać się z tobą?Kathleen, która właśnie upiła łyk herbaty, omal się nią niezachłysnęła.Zaszokowana, wytrzeszczyła oczy.- Mówisz poważnie?- Bardzo poważnie - przytaknął, a jego posępna mina świadczyłao tym, że nie żartuje.- Często sypiasz z kobietami, których prawie nie znasz? -zapytała drżącym głosem.- Prawdę mówiąc, nigdy.Zwiadomość, że jest wyjątkiem, wstrząsnęła nią bardziej niżsama propozycja.Ale czy można mu wierzyć? Nie znała go jeszcze natyle dobrze, by osądzić, czy jest zdolny do kłamstwa.Tim takżepotrafił mówić dokładnie to, co chciałaby usłyszeć.Może to jakaśwrodzona cecha artystów, a może ogólnie mężczyzn? Musi pilnieuważać na każde słowo Bena i na każde wyznanie, bo to ostatnieprzyszło mu podejrzanie łatwo.86RS - Nie będzie takiego problemu, bo odpowiedz brzmi  nie" -rzuciła, dumna z siebie, że udało jej się wypowiedzieć to pewnymgłosem.- Bo nie chcesz? - zapytał, szukając wzrokiem jej spojrzenia.-Czy dlatego, że chcesz?- A jakie to ma znaczenie? Nie to nie, i już.- Jeśli nie znaczy to  być może" - powiedział ze znaczącymuśmiechem.Zmarszczyła gniewnie brwi.- To z całą pewnością nie znaczy  być może".Ben wolnopokiwał głową.- Skoro tak, wykluczamy przyjacielskie wyprawy do restauracjijako potencjalne zródło kłopotów.Masz jakiś inny pomysł?To dziwne, ale Kathleen rozpaczliwie pragnęła znalezć jakiśkompromis.Czuła, że bardzo jej zależy na spotkaniach z Benem, bezwzględu na to, czy otworzy przed nią drzwi swojej pracowni czy nie.Oczywiście nie zamierzała rezygnować z prób namówienia go na to.- Zastanowię się - odparła po chwili.- Jak tylko coś wymyślę,dam ci znać.Ben obdarzył ją kolejnym zabójczym uśmiechem.- Już nie mogę się doczekać.Wciąż pod wrażeniem jego uśmiechu, powiedziała:- Nie boisz się, że twoja ciotka uzna to za swój sukces i będzietriumfować, albo, co gorsza, zechce znowu coś wymyślić?87RS - Och, bez względu na to, co zrobimy, możemy Uczyć na jejudział - przyznał z rezygnacją.- Ona się tak łatwo nie poddaje.Rozejrzał się wokół i głośno jęknął.- O co chodzi? - zdumiała się Kathleen i nagle olśniło ją.- Onatu jest, prawda?- Właśnie weszła - potwierdził Ben.- Myślę, że możemypodziękować za to kierownikowi sali.Założę się, że ma go na swojejUście płac.Pewnie do niej zadzwonił, ledwie przekroczyliśmy prógtej restauracji.- Jeżeli rzeczywiście tak zrobił, dotarcie tu zajęło jej sporoczasu.- Pewnie odczekała chwilę, licząc na to, że przyłapie nas wkompromitującej sytuacji - powiedział Ben.Wstał i z wymuszonymuśmiechem rzucił: - Witaj, Destiny - po czym pocałował ją wpoliczek.Kathleen uśmiechnęła się blado.- Cieszę się, że cię widzę, Destiny.W przeciwieństwie do nich obojga, Destiny wręcz promieniała.- Nie zamierzam wam przeszkadzać.Wpadłam tylko na moment,żeby odebrać zamówiony obiad.Wezmę go do domu, bo nie chce misię dzisiaj gotować.- Dlaczego nie zjesz w restauracji? Usiądz z nami -zaproponowała Kathleen.Jeszcze nie skończyła mówić, kiedy Ben rzucił:- Nie będziemy cię zatrzymywać.Idz już, bo ci obiad wystygnie.88RS Destiny skarciła go wzrokiem, po czym uśmiechnęła się słodkodo Kathleen.- Chętnie się do was przysiądę, oczywiście jeśli nie będę wamprzeszkadzała.- Zostań, proszę - poprosiła Kathleen, gniewnie spoglądając naBena.Ben westchnął z rezygnacją i poddał się.- Proszę, usiądz - powiedział, podsuwając ciotce krzesło.- Dziękuję, kochanie.Muszę przyznać, że jestem zaskoczona,widząc was razem.- Zaskoczona? - powtórzył Z powątpiewaniem Ben [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum