[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wiedziała, że prędzej czypózniej będzie musiała wejść na te strony, od których wBiałym Domu natychmiast rozdzwonią się dzwonki alarmowe,lecz chciała się z tym wstrzymać jak najdłużej.Wciąż czułapokusę utworzenia konta na hotmaiłu i wysłania uspokajającejwiadomości na prywatną skrzynkę Christophera.Na szczęściemiała dość sił, by się jej oprzeć.Nadal zbyt wielu rzeczy nie rozumiała.Już samo to, że Warren prowadził podwójną grę, było dosta-tecznie niepojęte.%7łycie nauczyło ją jednak, że ludzie od czasudo czasu potrafią fiknąć koziołka.Jeśli ścieżki Boga sąniezbadane, to cóż dopiero można powiedzieć o ścieżkachśmiertelników.Nie potrafiła zrozumieć fragmentu o dziecku.W liście, który pokazał jej Jeffrey Hunter o świcie tamtegodnia, odległego już o całe wieki, napisano, że wiedzą.%7łeTrojanie wiedzą o dziecku.Było tam coś takiego.Za nic niepotrafiła sobie przypomnieć dokładnie tych słów.Kiedy jeczytała, przed oczami stanęła jej nagle biologiczna matka jejcórki, ubrana na czerwono postać w deszczu, kobieta o szerokootwartych oczach, błagająca o pomoc, której się nie doczekała.Malutka Ragnhild usiłowała się obrócić.Dziecko było śliczne.Miało jasne, delikatne jak puch włosy,bielusieńkie ząbki, czerwone, wilgotne usteczka, a rzęsy długie ipięknie wygięte.Przypominało Billie.Helen Bentley uśmiechnęła się i ułożyła dziewczynkę wygod-niej.Cóż to za niezwykłe miejsce.Jaka cisza.2 dala dobiegałszum tego świata, przed którym się ukryła.Tu, wewnątrz,siedziało pięć osób i nie rozmawiało ze sobą. Dziwaczna gosposia ulokowała się pod oknem.Szydełkowała.Od czasu do czasu cmokała ze złością, zerkając na ogromnydąb.Potem mamrotała coś do siebie bezgłośnie i znów wracałado swojej jaskraworóżowej robótki.Matka dziecka była niezwykłą kobietą.Kiedy opowiadała hi-storię o Warrenie, mogło się wydawać, że nigdy wcześniej znikim się nią nie dzieliła.Helen czuła, że to je do siebiezbliżyło.Paradoksalnie, ponieważ jej tajemnica dotyczyła własnejzdrady, Inger Johanne natomiast została zdradzona.My, kobiety, i nasze przeklęte tajemnice, pomyślała.Dlaczego tak jest? Dlaczego odczuwamy wstyd bez względu nato, czy mamy do tego powody, czy nie? Skąd się bierze toprzytłaczające poczucie nieustannej winy?Kobieta na wózku pozostawała nieodgadniona.Siedziała teraz po drugiej stronie kuchennego stołu z gazetąna kolanach i filiżanką w ręku.Ale chyba nie czytała.Gazetawciąż była otwarta na tych samych stronach co kwadranswcześniej.Helen nadal nie całkiem rozumiała, kto był z kim związany wtym domu.Z jakiegoś powodu jednak wcale jej to nie przeszka-dzało.Kiedy indziej tak u niej silna potrzeba kontroli nadwszystkim uczyniłaby tę sytuację nieznośną.Tymczasem terazczuła się spokojna, jak gdyby wśród tych tajemniczychkonstelacji jej własny niespodziewany pobyt tutaj wydawał siębardziej naturalny.Kobiety nie zadały jej ani jednego pytania, odkąd obudziłasię o świcie.Ani jednego.Niewiarygodne.Dziecko na jej kolanach usiadło.Przez moment poczułazapach mleka i snu, ale zaspana dziewczynka zaraz popatrzyłana nią nieufnie i powiedziała:- Mama.Do mamy.Gosposia podniosła się szybko mimo swego wychudzenia ikalectwa.- Chodz do cioci Marry.Poszukamy zabawek Idy.A panieniech tu sobie dalej siedzą z gębami na kłódkę. Ragnhild roześmiała się, wyciągając do niej rączki.Wyszły do salonu.Głosik gaworzącego dziecka i mamrotaniegosposi stawały się coraz cichsze, aż w końcu całkiem umilkływ głębi mieszkania.Najwyrazniej matka i córka muszą tu często bywać,pomyślała Helen Bentley Dziecko uwielbia tę starą czarownicę.Musi wrócić do komputera.Konieczne jest dotarcie w jakiśsposób do brakujących ogniw.Trzeba szukać dalej.Gdzieś wtym chaosie informacji krążących w cyberprzestrzeni powinnaznalezć odpowiedz, zanim sama się ujawni i pozwoli, by światwrócił na zwykłą orbitę.Oczywiście, nic z tego nie będzie, dopóki nie wejdzie na wła-sne strony.Zorientowała się, że wpatruje się w swoje dłonie.Skórę miaławysuszoną, jeden paznokieć złamany.Obrączka wydawała sięza duża, dawała się luzno obrócić.Mogła się zsunąć z palca.Helen wolno podniosła głowę.Kobieta na wózku patrzyła na nią.Miała najdziwniejsze oczy,jakie Helen Bentley widziała.Niebieskie jak lód, niemalbezbarwne, lecz jednocześnie głębokie i ciemne.Z jejspojrzenia nie dało się niczego wyczytać, żadnych pytań,żadnych żądań.Nic.Kobieta po prostu siedziała i patrzyła nanią.W Helen Bentley wzbudziło to niepokój, próbowała więcspuścić wzrok [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum