[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wciągnąłem go do kabi-ny i usadziłem na skrzyni, zostawiając don Alwara twarzą w twarz zpułkownikiem.98 Oddając należną cześć generałowi nie okazał ani cienia strachu, tyl-ko łagodny smutek.- O, szlachetny don Pedro Merino! - wykrzyknął.- Jak mogłeś takdalece się zapomnieć, by podnieść rękę w gniewie na naszego ducho-wego przewodnika? Uspokójże się, panie, i powiedz mi, co cię aż taksprowokowało.Pułkownik spuścił pięść i skłonił się, dosyć zmieszany.- Może zechcesz, ekscelencjo - powiedział kipiąc cały od gniewu -pouczyć wikariusza, że nie ma prawa mieszać się do spraw wojsko-wych? Proszę o to dla jego własnego dobra, gdyż jego czelność omalnie przywiodła mnie do aktu świętokradztwa; przybyłeś w sam czas,aby uratować go od śmierci, a mnie od potępienia.- Szlachetny panie - odparł don Alwar cichym głosem - znam cięjako pobożnego i obowiązkowego oficera; to tylko czicza robi z ciebiegrzesznika.W tym pucharze trucizny czai się rogaty indiański diabeł.Unikaj go całkiem, człowieku, albo przynajmniej zachowaj przyzwoiteumiarkowanie.- Dobra to rada, dobra rada, zaiste - westchnął potężnie pułkownik.- Ale skoro już ten indiański diablik dostanie się do moich wnętrzności,mam prawo oczekiwać od bliznich, żeby albo okazywali mi chrześci-jańskie miłosierdzie, albo trzymali się ode mnie z daleka.Wikariuszskandalicznie przekroczył swoje uprawnienia, namawiając jednego zsierżantów, aby nie usłuchał mojego rozkazu.- Jeżeli masz na tyle odwagi, mój synu, to powiedz generałowi, jakito był rozkaz, i niech on nas rozsądzi - wyjąkał wikariusz zsiniałymiwargami, kurczowo przytrzymując się krawędzi skrzyni.- Co powiedziałem sierżantowi - huknął pułkownik - nie nia nic dorzeczy i nie obchodzi nikogo poza mną, a już najogólniej jakiegoś tamksiędza.Don Alwar spostrzegł jego zakłopotanie i wykorzystał je, aby go99 poskromić; uczynił to zresztą nader skutecznie.Podczas gdy ja wróci-łem do Sali Map, żeby naciągnąć spodnie, wezwał na świadka kapitanadon Lorenza i w jego obecności pogodził skłóconych.Jednakże, choćrozstali się wśród zapewnień o wzajemnym szacunku i obiecali zapo-mnieć o tym, co zaszło, wikariusz czuł się dotknięty, że generał niewyraził większego oburzenia bezbożnymi pogróżkami pułkownika,pułkownik zaś żywił urazę o to, że don Lorenzo widział go na klęcz-kach całującego krucyfiks wikariusza i pokornie proszącego go o prze-baczenie.Nikt do dziś dnia nie wie, co to był za rozkaz, który sierżantwahał się wykonać; snuto na ten temat wiele domysłów, po większejczęści prymitywnych i nieprawdopodobnych, nie ma to jednak nic dorzeczy.Wikariusz powrócił do brewiarza, pułkownik do butelki i wszystkowróciło do porządku.Ale w niespełna pół godziny znów wybuchłaawantura.Tak się zdarzyło, że ordynans don Diega de Barreto nosiłtego dnia pęk kolorowych wstążek i malowany na jedwabiu obrazekprzypięty do czapki, a drugi, większy jeszcze pęk na piersi.Pułkownikzdobył go niespodziewanie przed drzwiami jednej z kabin i poczęsto-wawszy go kopniakiem, zapytał:- Powiedz mi, mule jeden, kto jest twoim zapijaczonym panem ikiedy zamierza wysłać cię na jarmark z furą rzepy?Zaskoczony żołnierz odwrócił się, żeby pomścić zniewagę, lecz gdypoznał pułkownika, odpowiedział nader grzecznie:- Jeśli wasza dostojność pozwoli, jestem Juan de la Roca, ordynanspana chorążego Diega de Barreto, do usług waszej dostojności.- A czy szlachetny chorąży kazał ci zrobić z siebie błazna i ubraćsię wbrew przepisom w te fatałachy ku hańbie twojej kompanii?- Tak, wasza dostojność, mam jego pełne zezwolenie, inaczej nigdybym się nie ośmielił.Pan chorąży wie, że dziś jest wigilia świętegoJózefa, a ja jestem z San Jose, za Cherrep, gdzie każdy wierny rodaknosi w tej chwili takie same ozdoby z miłości do naszego patrona.100 - Ze wszystkich świętych z kalendarza - ryknął pułkownik zdziera-jąc i depcząc wstążki - twój budzi we mnie, jak w każdym człowiekuhonoru, największą odrazę! Czyś nigdy nie słyszał, jak opryskliwieskarcił Najświętszą Pannę, kiedy była brzemienna i miała apetyt nawiśnie? Pamiętaj, gburze, żebym cię więcej nie zobaczył w tym zapust-nym przebraniu, chyba że w tłusty wtorek, a tymczasem - tu podniósłlaskę - masz na pamiątkę to i to, i to!Kapitan don Lorenzo wyszedł z kabiny, którą dzielił z braćmi, ikrótko spytał pułkownika, w czym ordynans zawinił.- Nie udawaj, proszę, kapitanie, że nic nie wiesz o jego przewinie -rzekł pułkownik przedrzezniając galicyjski akcent tamtego.- Wiem, żeten bezczelny półgłówek z twoją zgodą wystawił swój mundur na po-śmiewisko, strojąc się niczym piesek pokojowy jakiejś ksieni i jeszcze,jakby tego było mało, powołuje się na patronat wstrętnego świętegoJózefa [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum