[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- De nada - odparł.- Często tu bywaliśmy z twoim staruszkiem.Nie miałeś przypadkiem.?- Nie, żadnych wieści.- Przykro mi.- Dam ci znać, kiedy się odezwie.- Oczywiście.Przepraszam.Droga powrotna minęła spokojnie.Nikt za nami nie jechał.Wróciliśmy krótko po północy, powiedzieliśmy sobiedobranoc, i poszedłem prosto do swojego pokoju.Po drodze zdjąłem i odwiesiłem do garderoby nową marynarkę, potemściągnąłem nowe buty.W pokoju od razu zauważyłem biały prostokąt na poduszce.Dwoma długimi krokami dotarłem do łóżka i chwyciłem kartkę papieru.PRZEPRASZAM, ALE NIE BYAO PANA, KIEDY DZWONIAEM, informowały drukowane litery.ZAUWA%7łYAEM PANA W KLUBIE I DOSKONALE ROZUMIEM PACSKIE PRAGNIENIE, BY SPDZI WIECZRPOZA DOMEM.NASUNAO MI TO PEWIEN POMYSA.SPOTKAJMY SI TAM W BARZE, JUTRO O DZIESITEJWIECZOREM.LEPIEJ BD SI CZUA W TOWARZYSTWIE TYLU LUDZI, Z KTRYCH %7łADEN NIE SAUCHA.Niech to szlag! Pierwszy impuls kazał mi natychmiast powiedzieć o wszystkim Billowi.Pierwsza myśl, jakazjawiła się po tym impulsie, mówiła, że przecież nic nie może zrobić.Co najwyżej straci trochę snu, a pewnie potrzebujego bardziej ode mnie.Złożyłem więc kartkę, wsunąłem do kieszeni koszuli, a samą koszulę odwiesiłem na krzesło.Nawet koszmar nie ożywiał mojego snu.Spałem głęboko i mocno wiedząc, że w razie niebezpieczeństwa obudzimnie Frakir.Szczerze mówiąc, zaspałem nawet i było to przyjemne.Poranek wstał słoneczny i śpiewały ptaki.Ochlapałem się, przyczesałem, obrabowałem Cień z czystych spodni i koszuli, po czym zszedłem do kuchni.Nastole leżała kartka papieru.Miałem już dość znajdowania wiadomości, ta jednak była od Billa.Pisał, że jedzie do biura, a jamam częstować się tym, co uznam za odpowiednie na śniadanie.Wróci pózniej.Zajrzałem do lodówki i przygotowałem sobie maślane bułeczki, kawałek melona i szklankę sokupomarańczowego.Kawa, którą wcześniej nastawiłem, była gotowa, zanim skończyłem jedzenie.Nalałem sobie i zabrałemfiliżankę na werandę.Pomyślałem, że powinienem może też zostawić Billowi kartkę i wyjechać stąd.Mój tajemniczy korespondent,zapewne S, raz tutaj telefonował i raz się włamał.Nieważne, skąd wiedział, że tu jestem.To był dom przyjaciela, a chociażnie miałem nic przeciwko temu, by zwierzać się przyjaciołom z kłopotów, wolałem raczej nie narażać ich naniebezpieczeństwo.Ale w końcu był biały dzień, a spotkanie miało nastąpić dopiero wieczorem.I pewnie dojdę wtedy dojakichś rozsądnych wniosków.Szkoda by było wyjeżdżać akurat teraz.Właściwie nawet lepiej, jeśli zostanę jeszcze, przypilnuję wszystkiego, w razie czego będę osłaniał Billa.Naglewyobraziłem sobie, jak pod grozbą pistoletu ktoś zmusza go do napisania tej kartki, po czym porywa jako zakładnika, byzmusić mnie do mówienia.Biegiem wróciłem do kuchni i zatelefonowałem do biura.Po drugim sygnale odebrał Horace Crayper, jegosekretarz.- Dzień dobry, mówi Merle Corey - powiedziałem.- Zastałem pana Rotha?- Tak - odparł.- Ale w tej chwili rozmawia z klientem.Może pózniej do pana zadzwoni?- Nie, to nie takie ważne.I tak mamy się spotkać.Nie będę mu przeszkadzał.Dziękuję bardzo.Nalałem drugą filiżankę kawy i wróciłem na werandę.Takie rzeczy fatalnie wpływały na nerwy.Postanowiłem, żejeśli wszystko nie wyjaśni się do wieczora, wyjeżdżam.Zza węgla wynurzyła się jakaś postać.- Cześć, Merle.George Hansen.Frakir pulsowała bardzo delikatnie, jakby chciała mnie ostrzec i nagle zmieniła zdanie.Niejasne.Dziwne.- Cześć, George.Jak leci?- Zwietnie.Jest pan Roth?- Niestety.Musiał jechać do miasta.Wróci na lunch, może trochę pózniej.- Aha.Parę dni temu prosił, żeby wpaść do niego.Miał dla mnie jakąś pracę.Podszedł bliżej, postawił nogę na stopniu.Pokręciłem głową.- Nie mogę ci pomóc.Nic mi nie wspominał.Będziesz musiał przyjść jeszcze raz.Kiwnął głową, wyplątał z rękawa paczkę papierosów, wyjął jednego, zapalił i wsunął paczkę za rękaw.Tym razemmiał na koszulce Pink Floydów.- Jak ci się u nas podoba? - zapytał.- Bardzo.Napijesz się kawy?- Z przyjemnością.Wstałem i ruszyłem do kuchni.- Z cukrem i śmietanką! - zawołał.Nalałem mu, a kiedy wróciłem, siedział już na krześle.34 / 59 Zelazny Roger  Atuty zguby- Dziękuję.Wypił trochę.- Przy okazji: wiem, że twój ojciec miał na imię Carl, chociaż pan Roth mówił Sam.Pamięć mu już trochę nawala.- Albo się przejęzyczył.Uśmiechnął się [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum