[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przypomniałem sobie wrażenie, jakiego doznałem na stacji.Nie potrafiłem ocenić, w jakisposób może nade mną zapanować ani jakich mocy użyje, jeśli zgodzę się na jej propozycję.Miałem jednakzabezpieczenie w razie, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli i gdybym wyczuł inne próby wpływania na mój umysłod tych, których oczekiwałem.Mogłem natychmiast i na zawsze przerwać jej ingerencję.Wysunąłem obie ręce przedsiebie, trzymając dwa palce na pierścieniu.- Zgoda - powiedziałem.I nagle zaczęło się.Było znów podobne do muzyki, lecz zaledwie podobne i jakie od niej różne.Byłorozwinięciem tematu, którego nie da się przekazać, bo jego istota leży poza zasięgiem ludzkich zmysłów.Czułem, że taczęść mnie, która odbierała przekaz, znajdowała się chwilowo w umyśle twórcy pieśni.Uczestniczyłem w pieśni - wbezczasowej rozmowie, która była przez niego improwizowana i rozpisana na instrumenty.Wydobywał z pamięci całeciągi poprzednio stworzonych fraz tak wspaniale i czysto, że trudno było odróżnić je od rzeczywistości.Aączył to w nowekonstrukcje, nadawał im radosny rytm, który rozumiałem jedynie pośrednio.Wyczuwałem przyjemność i satysfakcję, któreczerpał z aktu tworzenia.Przepełniała mnie rozkosz w tym tańcu myśli, racjonalnym, choć nielogicznym.Jak w każdejdziedzinie sztuki, proces tworzenia był rodzajem odpowiedzi na coś, czego nie pojmowałem, lecz nie było to naprawdęistotne.Ważne, że istniało samoistnie - samowystarczalność bytu.Być może to, co teraz przeżywałem, da mi kiedyś siłę,gdy będę słaby i opuszczony.Zapomniałem o własnym istnieniu, o ograniczonych możliwościach własnej percepcji.Płynąłem przez oceannieciemny i niejasny, nieukształtowany, lecz nie bezkształtny, znając swą drogę, będącą nieustannym aktem tego, conazwaliśmy  ludus tworzenia, niszczenia i trwania według ciągle zmieniającego się wzoru.Rozproszenia i łączenia,wznoszenia się i opadania, aktem poza czasem lub zawierającym samą istotę czasu.Byłem jakby duszą czasu,nieskończonym zbiorem potencjalnych możliwości istniejących w tym momencie, otaczającym i wypełniającym wąskistrumień istnienia.Radość, radość i jeszcze raz radość.Mój roztańczony umysł powoli wracał do rzeczywistości.Siedziałem, zaciskając palce na pierścieniu, a przedemną ta mała dziewczynka, która uciekła od strasznych kwiatów, ubrana w głęboką zieleń i bardzo, bardzo blada.O-cha do desu-ka? - zapytała.Itadakimasu.Nalała herbatę do filiżanki.Chciałem dotknąć jej ręki, ale tylko podniosłem filiżankę i napiłem się.Znała już moją odpowiedz.Mimo to, po chwili, przemówiła.- Gdy przyjdzie na mnie czas, kto wie, kiedy wtedy popłynę do niego.Będę z nim.Być może będę dalej istniała,choćby jako wspomnienie, w jego ponadczasowej pieśni.Już teraz czuję się jej częścią.- Ja.Uniosła rękę.Dopiliśmy herbatę w milczeniu.Nie chciałem odchodzić, ale wiedziałem, że muszę. Tak wielemogłem jej powiedzieć"- myślałem, płynąc  Izabellą" z powrotem do Stacji I, gdzie były moje diamenty i ludzie, z którymimogłem rozmawiać.31 / 49 Roger Zelazny - Imię moje legionZrozumiałem jednak, że często najlepsze są słowa, których się nie wypowiedziało.HANGMANByła cicha, bezwietrzna noc.Za oknem padał puszysty śnieg.Białe płatki były jedynymi świadkami tego, co jużsię stało i tego, co miało się stać za chwilę.Przed momentem grzmiał ogień z broni maszynowej, a teraz gdy ustał, ciszawydawała się jeszcze głębsza.W głównym pomieszczeniu małego budynku jedynymi dzwiękami były teraz syki i trzaskidrewna płonącego w palenisku.Siedziałem na krześle, odwrócony bokiem do stołu, by móc obserwować drzwi.Skrzynka z narzędziami stała napodłodze z lewej strony.Na stole leżał odwrócony do góry dnem hełm, koślawy, z metalu, kwarcu, porcelany i szkła.Czekałem na pstryknięcie mikroprzełącznika, po którym rozlegnie się brzęczenie, a następnie zacznie mrugać lampka,umieszczona na przedniej części hełmu.Wiedziałem, że gdy to nastąpi, prawdopodobnie będę musiał umrzeć.Larry i Bert wyszli uzbrojeni; jeden w miotacz płomieni a drugi w coś, co przypominało sztucer na słonie.Bertzabrał jeszcze dwa granaty.Po ich wyjściu wyjąłem z kieszeni czarną, wilgotną kulę.Rozwinąłem ją, otrzymując jakbyrękawicę bez szwów oblepioną podobną do kitu substancją.Następnie nałożyłem ją ostrożnie na lewą rękę i usiadłem,opierając łokieć na poręczy krzesła.Na stole oprócz hełmu leżał mały pistolet laserowy, w którym jednak nie pokładałemzbyt dużo nadziei [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum