[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zwlókł się z łóżka, ubrał i zadzwonił raz, drugi,trzeci.Dopiero po upływie kilkunastu minut ukazał się we drzwiach młody chłopiec z głowąwysmarowaną sadłem czy słoniną, umyty, obleczony w czystą koszulę i strój świąteczny. Macie tu na dole restaurację  rzekł do niego Raduski. A jakże, mamy. Przynieśże mi herbaty, jaki kawałeczek mięsa, bułek, odrobinę masła.Chłopiec patrzał na niego wyłupiastymi oczyma. Cóż się tak martwisz, obywatelu? A bo, proszę łaski pana, jakże ja przyniosę herbaty i kawałeczek mięsa, kiedy restauracjazamknięta? I czemuż to? No, przecie święto. Prawda.święto.Ale gdybyś tak spróbował, może tam będzie samowar nastawiony, tobyś i mnie po starej znajomości.Szklaneczkę herbaty  o więcej nie będę się napierał.  Numerowy wykręcił się i z wolna przymknął drzwi za sobą w sposób, który świetnegorezultatu nie obiecywał.Raduski dokończył ubierania się, siadł na małej kanapce i czekał.Upłynął kwadrans jeden i drugi, a chłopca nie było widać.Dopiero na odgłos dzwonka zjawiłsię z miną zafrasowaną i oświadczył, że ze śniadania nic nie będzie. Pan w kościele, pani to samo, ani kucharza, ani Franciszkowej, lokaje się porozłaziły.Wkuchni ognia całkiem nie ma.Proszę łaski pana  święto. Prawda i to jest.No a może ty wiesz, gdzie by tu na mieście można coś zjeść, bo jak wtym sposobie ze trzy dni u was będę świętował, to, uważasz radca, kopyta wyciągnę.Niewiesz o takim? W mieście?.E.w mieście to ja nie wiem.Ja tu dopiero dwa miesiące. Dwa miesiące.No a starszego numerowego nie ma tutaj u was? Jest starszy, Walenty, ale poszedł to samo do kościoła. A może jest kto inny, kto by mi objaśnił? Chyba by pan portier, co jezdzi na kolej, ale to nie jego dzieło. A on tutejszy, dawno już tu mieszka? Chyba że dawno. Stary, młody? O, już o latach. A to go proś do mnie.Powiedz, że mam pilny interes.Nie będzie żałował fatygi.Idzże ipowiedz, że go sobie proszę na momencik.Służący wyszedł, a po upływie chwili czasu stukano we drzwi.Wsunął się do numeruczłowiek stary, szeroki w ramionach, suchy, zwiędły, z twarzą i czaszką obrosłą mocno szpa-kowatym i krótko przyciętym włosem. Pan dobrodziej sobie życzył?. rzekł mierząc Raduskiego iście hotelowym wejrzeniem,niby to schlebiającym, a w gruncie rzeczy tylko badawczym i taksatorskim.Ręką trzymał sięklamki, jakby na znak, że konferencja długo trwać nie powinna.Z warg jego nie schodziłozamglone oskarżenie: nawet dziś nie możesz mi dać chwili odpoczynku.Raduski bystro i uparcie przypatrywał się twarzy starego, a wreszcie rzekł: Nie wiem, czy mi się zdaje, ale ty jakby pan %7łopołowicz. Tak, jestem Hipolit %7łopołowicz.do usług. mruknął szwajcar, błyskając okiem spodbrwi nasępionej. Cóż pan u stu diabłów robisz w liberii hotelowej? Służę, proszę pana, za portiera.19  Bój się pan Boga, cóż to ja słyszę? Przecież pan miał w rynku ogromny sklep, jeden znajwiększych sklepów korzennych w Ażawcu.Jak dziś pamiętam! Miałem sklep  rzekł Hipolit %7łołopowicz  ale go już nie mam. Cóż to się stało? Zwykła rzecz w naszym kupieckim stanie: zbankrutowałem. Jakże i tak zupełnie, żeś pan musiał wziąć miejsce portiera?. Ale.żeby tyle.Proszę pana, to miejsce ledwo, ledwo udało mi się dostać.Co się zaśtyczy bankructwa, to nie wyszedłem jeszcze na czysto.Jeszczem ludziom winien.Nie dużotego, a przecie jest to temu, to owemu. Szczerze panu współczuję. rzekł Raduski, wyciągając rękę.%7łołopowicz schylił się i nie podawał swojej, mamrocząc: Pan dobrodziej łaskaw.Nie wypada, żebym.jako niby służący. Wstydziłbyś się pan! Byłem tylim knotem, kiedy u pana kupowało się chleb świętojań-ski, cukier lodowaty i lukrecję w patykach.Pan mię, naturalnie znać nie może, ale ja z tychstron.Ojciec mój trzymał w dzierżawie niedaleko stąd folwark Niemrawe. Pan Raduski z Niemrawego.Ehe.Pan Raduski.Znałem, proszę pana, nieboszczykarodzica.Pamiętam.Dawne to czasy.Brał u mnie na święta czy tę bakalię, czy cukier, cza-sami nawet garniec wina [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum