[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Toteż chłoszcząc zuchwalca wzgardliwym tonem rzekła: Wiem, że jesteś pan łajdakiem i to mi wystarcza.Podniecenie kardynała minęło równie szybko, jak się zrodziło.Zrozumiał, że popełnił nie-zwykle fałszywy krok, już chciał naprawić swą winę, przeprosić dziewczę i usunąć się z jejdrogi.Powstrzymała go od tego fałszywa ambicja, która podszepnęła mu myśl, że będziewzięty na złośliwe języki, gdy się rozniesie, że skapitulował przed gniewem  szesnastolatki.Wybuchnął szyderczym śmiechem: Tyle hałasu o jednego całusa! Nie chcesz pani dać mi go po dobroci.wezmę go więcsiłą!Znowu chciał porwać ją w ramiona, znowu musiała wydzierać mu się; w tej walce ujrzałanagle kilku ludzi z eskorty kardynała, którzy zaciekawieni tym, co będzie dalej, wysunęli sięspod osłony drzew.Na ich widok Polna Różyczka zrozumiała, że są to sojusznicy tego, który napadł ją narównej drodze.Teraz niebezpieczeństwo urosło w jej oczach do wielkich rozmiarów.Straciłagłowę i niedługo myśląc zawołała rozpaczliwym tonem: Do mnie! HoQlu! Na pomoc!Donośny, mocny jak dzwięk spiżu głos męski odpowiedział na wezwanie: Jestem!Nie zdążyła jeszcze usunąć się na skraj drogi, a już jej obrońca, jak gwałtowny podmuchwichury runął na kardynała.Zgrzytnął piasek pod końskimi kopytami, gwizdnęło w powietrzu ostrze stali rapieru, końkardynała stanął dęba ze strachu.I znowu rozległ się dzwięczny głos ukochanego. Precz z drogi, mości napastniku! Precz! Albo na Boga, nie ujdziesz z życiem!Blady, z czołem oblanym zimnym potem, kardynał ujrzał ostrze rapieru wymierzone w je-go pierś.Cofnął się gwałtownie, bełkocąc: Hola! Co to za szaleniec? Co za zbój z szerokiego gościńca? Pójdziesz precz, czy nie?  ryknął Montauban.Oczy nieoczekiwanego obrońcy błyszczały tak groznie, twarz jego wyrażała tak stanowcządecyzję, że kardynał blady ze strachu cofał się coraz szybciej, aż do miejsca gdzie ukryci bylijego ludzie.Montauban zwrócił się teraz do dziewczyny i odsłaniając głowę, pozdrowił ją niskimukłonem.Przez sekundę zwarli się spojrzeniem; patrzyli na siebie tak, jakby widzieli się poraz pierwszy, a jednocześnie, jakby znali się ze sobą już od wieków.Nagle uśmiechnęli się dosiebie, jak dwaj przyjaciele, szczęśliwi ze spotkania.Montauban, ponawiając ukłon, oświadczył: Nie obawiaj się, pani, niczego!Spojrzała na niego dziwnie słodko i potrząsając uroczą swą główką rzekła: T e r a z nie boję się niczego!Zadrżał, słowa te bowiem, jakkolwiek bardzo proste, byty dziwnie znaczące, zwłaszcza ze-stawione z wezwaniem go po imieniu na pomoc.Ona zarumieniła się, teraz dopiero zrozu-miała, że popełniła bezwiednie co prawda, wielką nieostrożność.126 Spojrzeli na siebie szczerze, prosto, uczciwie.Uśmiechnęła się do niego znowu.On za-śmiał się cichutko i szepnął: A ja tak dręczyłem się układaniem całego planu rozpoczęcia rozmowy! Tymczasemwszystko to jest niepotrzebne i takie proste!Ona zrozumiała go i zaśmiała się również dzwięcznie i słodko.Zmiech jej podobny byłdo szczebiotu jaskółki pod wieśniaczą strzechą.I znowu zwarli się spojrzeniem; nie rzekłszy ani słowa, wypowiedzieli sobie wszystko.Wiedzieli teraz już na pewno, że należą do siebie na zawsze.Nagle odwrócił się w kierunku zuchwalca, o którym na chwilę zapomniał.Kardynał jednak nie zapomniał o nim.Przyglądając się z daleka młodej parze, poczułstraszliwy gniew.Wiedział już teraz; kim jest ten, który stanął w obronie dziewczęcia.Wi-dział ich rozkochany, pełen młodzieńczych, czystych uniesień wzrok i oszalał gniewem, po-stanawiając zemścić się srodze.Poszukał wzrokiem Teobalda i Lubka, zniknęli mu jednak tak szybko, jakby zapadli siępod ziemię.Montauban tymczasem zauważył zbrojny oddziałek, stanowiący eskortę napastnika.Zro-zumiał, że będzie musiał znowu stoczyć nierówną walkę z przeważającą ilością wrogów.Tym razem jednak miał walczyć w obecności tej, która zabrała mu serce, oddając mu wzamian swoje [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum