[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wiedziała, jakdaleko sięgają jego macki.Na pewno już odkrył jej powiązanie zTavistockami.To tylko kwestia czasu, zanim do niej dotrą.127RS - Co teraz? Co Wolf chce zrobić?- Zbadać fakty.Przeprowadzić dyskretny wywiad.Porozmawiaćz przedstawicielstwem Lloyda w Londynie.- A co my robimy?- Siedzimy jak mysz pod miotłą i czekamy, aż zadzwoni.Rano.Skinęła głową.Rano, pomyślała, już mnie tu nie będzie.Victor van Weldon miał kolejny poważny atak.Stracony dlaświata, pomyślał Simon Trott, zostało mu najwyżej kilka miesięcy.Zrobi dla mnie miejsce.O ile go wcześniej nie wywali.Po ostatnich wiadomościach tamożliwość stawała się coraz bardziej realna.- Jak do tego doszło? - wycharczał Victor.- Mówiłeś, żewszystko jest pod kontrolą.%7łe macie tę dziewczynę.- W ostatniej chwili wkroczyła osoba trzecia.Straciliśmyczłowieka.- A co z tą rodziną, o której wspomniałeś? Z Tavistockami?- Oni są nieważni.Ich się nie boję.- A kogo?Trott zawahał się, niechętnie wymieniając możliwe zagrożenie.- Interpolu - przyznał.- Zdaje się, że zwrócili uwagę nadziewczynę.Van Weldon zareagował gwałtownym atakiem spazmatycznegokaszlu.Kiedy w końcu złapał oddech, spojrzał na Trotta wrogo.- Sprowadziłeś na nas katastrofę.- Jestem pewien, że wszystko da się naprawić.- Powierzyłeś sprawę idiotom.Ja też - dodał.128RS - Policja nic na nas nie ma.Nasz człowiek nie żyje.Niczego niepowie.- Ale Clea Rice powie.- Odnajdziemy ją.- Jak? Z dnia na dzień staje się coraz sprytniejsza.A my corazgłupsi.- Złapiemy trop.Nasz kontakt.Van Weldon prychnąłpogardliwie.- Ten kontakt naraża nas na niebezpieczeństwo! Zerwij łączność.Muszą być konsekwencje.Nie będę tolerował zdrady.Trott skinął głową.Konsekwencje.Kary.Rozumiał ich potrzebę.Miał tylko nadzieję, że nie stanie się kiedyś ich ofiarą.Było już ciemno, kiedy Richard dotarł w końcu do Chetwynd.Gdy przejeżdżał pomiędzy kamiennymi słupami, omiótł wzrokiemdrogę, szukając cienia postaci, ruchu za żywopłotem.Wiedział, że jestobserwowany.Nawet jeżeli nie do końca wierzył w opowieść Clei,wiedział, że grozi jej niebezpieczeństwo.Obawy wyostrzyły jegouwagę do tego stopnia, że zaczął przyglądać się bacznie wszystkiemu.Był zadowolony, że Beryl wyjechała na kilka dni do Londynu.Zadzwoni do niej pózniej i zasugeruje, żeby została tam dłużej.Na podjezdzie stał jakiś obcy saab.Richard zaparkował obok,wysiadł i okrążył samochód, zajrzał przez okno.W środku leżałotylko kilka złożonych gazet, nic, co pozwoliłoby zidentyfikowaćwłaściciela.Przy drzwiach wejściowych powitał go Davis i pomógłmu zdjąć płaszcz.- Ma pan gościa, panie Wolf - oznajmił.129RS - Zauważyłem.Kto to?- Pan Archibald MacLeod.Jest w bibliotece.Richardnatychmiast się tam udał.Obok jednej z półek stał niewysoki, leczatletycznej budowy mężczyzna i przeglądał oprawiony w skórę tom.Na widok Richarda podniósł wzrok.- Pan MacLeod? Nazywam się Richard Wolf.- Tak, wiem.Rozmawiałem z pana dawnym kolegą Claude'emDaumierem z francuskiego wywiadu.Zapewnił mnie, że mogę miećdo pana pełne zaufanie.- MacLeod zamknął książkę i wsunął ją napółkę.- Jestem z Interpolu.- Obawiam się, że nie wiem, o co chodzi.- Mamy wrażenie, że pan oraz pan Tavistock wplątaliście się wnieco ryzykowną sprawę.Chciałbym dopilnować, żeby nikomu nic sięnie stało.Przyjechałem, żeby poprosić pana o współpracę.- W jakiej sprawie?- Proszę mi powiedzieć, gdzie jest Clea Rice.Richard miałnadzieję, że na jego twarzy nie odmalowała się panika.- Clea Rice? - zapytał.- Wiem, że to nazwisko nie jest panu obce, bo zażądał panzidentyfikowania jej odcisków palców.I akt.Władze amerykańskiezwróciły naszą uwagę na ten fakt.Ten człowiek naprawdę jest z Interpolu, mimo to trzeba działaćostrożnie.Sam fakt, że MacLeod jest z policji, nie oznacza jeszcze, żemożna mu zaufać.- Zanim cokolwiek panu powiem - oznajmił -chciałbymdowiedzieć się czegoś od pana.130RS - O Clei Rice?- Nie.O Victorze van Weldonie.- A potem powie mi pan, jak odnalezć pannę Rice?- Dlaczego jej szukacie?- Potrzebujemy jej.I to szybko.- Chcecie ją aresztować?- Ależ skąd.- MacLeod popatrzył mu prosto w oczy.- My już jąwykorzystaliśmy.Najwyższa pora dać jej ochronę.Kiedy Clea wyszła frontowymi drzwiami z zajazdu, padałdrobny deszczyk.Było już po północy, goście dawno spali.Całągodzinę leżała obok Jordana, czekając, aż i on zaśnie.Po rewelacjachtego popołudnia nieufność, jaka wkradła się między nich, sprawiła, żeprawie nie odzywali się do siebie, nie mówiąc już o kontakciefizycznym.Dobrze, że zdecydowała się uciec.Czysta sprawa - żadnychsentymentów ani niezręcznych pożegnań.To dżentelmen.A ona jestprzestępczynią.Dwa różne światy.Furtka od podwórza skrzypnęła, kiedy ją otworzyła.Zamarła, alesłyszała tylko szmer mżawki na liściach drzew i szczekanie psa woddali.Otuliła się ciaśniej żakietem i ruszyła w drogę.Czekał ją całonocny marsz [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum



 

?>